Dziwne historie. Coś z życia.

Gdzie dwóch Polaków, tam trzy światopoglądy.

Dziwne historie. Coś z życia.

Postprzez izorys » Wt mar 28, 2017 4:07 am

Dziwne historie. Coś z życia.

1. Dwaj bracia.

W mojej rodzinnej miejscowości liczącej około pięćdziesięciu dymów mieszkali dwaj bracia. Młodszemu z nich urodziło się kolejno trzech synów, a temu starszemu trzy nieco młodsze córki. Potem nastąpiła dłuższa przerwa, a po niej temu młodszemu urodził się czwarty syn, zaś temu starszemu nieco później urodziła się czwarta córka.

2. Trzy Marysie.

Kilka lat temu zgłosiły się do mnie trzy maturzystki z prośbą, bym pomógł im przygotować się do sprawdzianu z matematyki. Okazało się, że wszystkie trzy mają na imię Marysia i mieszkają na tym samym osiedlu, a mimo to przed przyjściem do liceum nie znały się w ogóle zarówno one, jak i ich rodzice. Jakby tego było jeszcze mało, powiedziały mi, że w ich klasie jest także trzech Wojtków. Działem matematyki, z którego miały się przygotować był nomen omen rachunek prawdopodobieństwa.

3. W Rzymie widziałem dwóch Papieży.

W 1990 roku uczestniczyłem w wycieczce do Włoch. Najwięcej czasu przeznaczaliśmy oczywiście na zwiedzanie Rzymu. W bazylice św. Piotra uczestniczyliśmy w spotkaniu z Papieżem, zaś w jednym z następnych dni mieliśmy drugie spotkanie też z Papieżem tym razem w Castel Gandolfo. Ale to był ten sam Papież, nieodżałowany Jan Paweł II. Więc skąd ten drugi, tytułowy Papież? Ano kiedy już mieliśmy opuszczać Rzym, by wracać do Polski, pojechaliśmy do dużego marketu na przedmieściach Rzymu. Kiedy ja wpatrywałem się w niezliczone gatunki szynek i serów (w Polsce bowiem trwała jeszcze epoka niemal pustych półek), mnie przyglądał się jakiś młody człowiek. Okazało się, że jest nie tylko Polakiem, ale byłym moim uczniem, który przyjechał tutaj „za chlebem”. O tym, że było to wyjątkowe spotkanie świadczy fakt, że nigdy wcześniej ani później podczas mych wędrówek po Europie nie spotkałem nie tylko żadnego mojego ucznia, ale nawet żadnego znajomego Polaka. Ów uczeń nazywał się Papież.

4. Wygrana w totolotka.

Byłem po urlopie zdrowotnym i podjąłem pracę jako wychowawca internatu. Pewnego pięknego popołudnia podczas mojego dyżuru przyszedł do mnie jeden z wychowanków i poprosił mnie, bym mu skreślił numery totolotka. Miał już kilka zestawów skreślonych przez jego kolegów a na koniec przyszedł z tym do mnie. Odpowiedziałem, że mu skreślę, ale jeśli wygra, wygraną dzielimy się po połowie. Po krótkim namyśle wyraził zgodę, chociaż widziałem, że moją odpowiedzią był zaskoczony. Gdy nadeszła niedziela, nie zjawił się w internacie, a przez następnych kilka tygodni podczas moich dyżurów w internacie był nieobecny mimo, że w szkole bywał, po lekcjach zaś wyjeżdżał do domu przekazując zwolnienia z internatu poprzez swoich kolegów.
W kilka lat po zdaniu matury przyjechał do mnie, by mnie zaprosić na zjazd absolwentów, który sam zorganizował, ale tylko dla kolegów z jego klasy, którzy kiedyś mieszkali w internacie. Natomiast kilka lat później zaprosił mnie do siebie, aby się pochwalić nowowybudowanym pięknym domem jednorodzinnym.
Skreślone przez mnie numery przechowywałem jeszcze przez kilka lat, ale nie sprawdziłem ich, w dniu losowania, bo byłem wtedy na dyżurze, a później zaś nie sprawdziłem ich bo doszedłem do wniosku, że nasza umowa była tylko ustna, więc w przypadku wygranej dochodzenie swoich roszczeń miałoby znikome szanse powodzenia.

5. Czarownica

Gdy przeszedłem na emeryturę, zacząłem się zajmować udzielaniem korepetycji. Zgłosiła się do mnie pewna pani z prośbą, by przygotować jej córkę studentkę ekonomii do egzaminu z matematyki. Ponieważ wykładowca był znany z tego, że dużo oblewał na egzaminach w poprzednich latach, więc mieliśmy pracować minimum 3 godziny tygodniowo a bywało nawet po 8 godzin w tygodniu. W związku z tym mama wytargowała niską stawkę za godzinę. Poza tym mama z córką jeździły na wykłady taksówką i nagrywały je na kasety. Widocznie te przejazdy i inne wydatki na tyle nadszarpnęły budżet domowy, że postanowiły oszczędzać i to nie na przejazdach, chociaż przebycie piechotą ok 1 km wyszło by im na zdrowie i jako lekarka powinna o tym wiedzieć. Inny niepotrzebny wydatek to zakup zestawu rozwiązanych zadań i to tych najtrudniejszych czyli całek. Chodziło o to, że w zbiorze zadań tego wykładowcy było 120 całek. Pewien sprytny student rozwiązał ich 104 w tym kilka błędnie. Skserował te rozwiązania i sprzedawał je innym studentom. Moja chlebodawczyni też je nabyła. Zapłaciła pewnie niemało, bo nie chciała się przyznać, ile to było.
Mama studentki postanawiała więc oszczędzić na mnie. Zażądała obniżenia stawki za godzinę. Odmówiłem, bo nie mogłem się zgodzić na obniżenie z 15 na 10 zł, gdyż za roznoszenie ulotek zarobiłbym więcej. Doszło do ostrej wymiany zdań. Nie wyszło mi to na dobre, gdyż po tej scysji zaczęły mi się przydarzać różne dziwne przygody. I tak na przykład tego samego dnia gdy wracałem wieczorem i byłem około 200 m od domu, minąłem dwóch typków żarliwe rozprawiających jakieś kwestie. Wyglądali, jakby byli na przepustce i po jakimś nieudanym skoku. Za nimi biegł czarny kundelek. Kiedy już odeszli ok 10 m, nagle ten kundelek odłączył się od nich i zaczął mnie natarczywie atakować. „Poczęstowałem” go gazem pieprzowym i to go wyraźnie uspokoiło. Zauważył to jeden z owych typków i mówi do drugiego: „Patrz, on psiuknął gazem w mojego pieska” i zaczął biec w moim kierunku. Zatrzymałem się więc i przyjąłem postawę obronną. Ten dobiegł do mnie, zmierzył mnie wzorkiem od stóp do głów i widać szybko przekalkulował, że gdyby mnie uderzył, następna przepustka mogłaby mu się mocno odwlec w czasie.
W kilka dni później gdy szedłem na następne spotkanie ze studentką i byłem już około 100 m od jej domu z naprzeciwka tym samym chodnikiem biegł w moim kierunku jasnobrązowy dog. Przyspieszyłem kroku, bo myślałem, że zdążę wejść do furtki ale on biegł znaczniej szybciej ode mnie. Na szczęście ok 2 m przed furtką minął mnie i pobiegł dalej.
Upłynęło następnych kilka dni. Był sobotni poranek. Rześkie powietrze i ostre słońce działało ożywczo. Wysiadłem z tramwaju i szedłem chodnikiem. Nagle za moimi plecami samochód dostawczy wjechał na chodnik i gdybym nie odskoczył, nie wiem jakby się to dla mnie skończyło. Odwróciłem się więc i zacząłem mówić w jego kierunku, że powinien uważać, bo mógłby spowodować nieszczęście. W reakcji na to z przodu wychylił się kudłaty łeb jakby to był pirat z Karaibów i powiedział do mnie: „Chcesz w mordę?”. Kusiło mnie, żeby mu odpowiedzieć, że mordę to masz ty, pies, krowa i twoja teściowa. Ale gdy popatrzyłem na tego misiowatego potworka, odeszła mi ochota na tego typu dialog. Odszedłem więc pospiesznie w kierunku domu studentki. Miałem jeszcze ok 10 minut marszu i w tym czasie intensywnie myślałem o tym co mnie w ostatnim czasie spotkało. Już pierwsza z tych przygód wydała mi się tak dziwna, iż pomyślałem sobie, że kryją się za tym jakieś czary, a po drugiej i trzeciej nabrałem pewności. Matka studentki wydawała mi się od dłuższego czasu dziwna, dziwnie się zachowywała. Postanowiłem więc się z nią rozmówić i w zależności o tego co powie albo przerwać współpracę albo kontynuować dalej. Gdy wszedłem do domu, ku mojemu zdziwieniu leciały odtwarzane z płyty DVD piosenki E.G. Zacząłem więc rozmowę: „Wie pani co, ja tę piosenkarkę kiedyś bardzo lubiłem, lecz po pewnym czasie wsłuchując się w jej śpiew doszedłem do wniosku, że jest czarownicą. Moje przypuszczenie wkrótce potwierdził dziennikarz radiowy.”
„A wie pan co, ja też mam takie własności” – odpowiedziała matka studentki.
„Gdy miałam bronić doktorat i w komisji były trzy nieprzychylne mi osoby, to w ciągu roku, jaki został do mojej obrony wszystkie trzy zmarły.” Pomyślałem sobie „mam cię, czarownico! Jednak …” i powiedziałem tylko: „niech pani nie próbuje ze mną tych numerów, bo umiem sprawić, że to dla pani może się źle skończyć”.
„Jak pan to robi?” – zapytała.
„Nie po to studiowałem te problemy przez kilka lat, by zdradzać je pani być może na moją niekorzyść” – opowiedziałem. Nastąpiło krótkie milczenie po którym przystąpiłem do pracy ze studentką.
Pracowaliśmy jeszcze przez kilka tygodni, ale dziwne przygody przestały mi się przytrafiać. Studentka dostała na egzaminie 4+. Tylko jeden student na jej roku był lepszy bo otrzymał 5-, i jak co roku ponad połowa egzamin oblała.

Oto pięć historii wziętych z mojego życia, trochę dziwne i mało prawdopodobne, a jednak zdarzyły się naprawdę.
izorys
 
Posty: 19
Dołączył(a): So paź 20, 2012 2:14 pm
Lokalizacja: Polska

Re: Dziwne historie. Coś z życia.

Postprzez sprawiedliwy » Wt mar 28, 2017 11:09 am

szkoda, że tak późno się Pan zameldował tutaj z tymi historiami. Też mam co nieco z dziwnych historii. ale już nie warto poświęcać czas na to, gdyż wszystko zniknie za 2 tygodnie.
sprawiedliwy
 
Posty: 1140
Dołączył(a): So wrz 20, 2014 3:05 am
Lokalizacja: stary kontynent


Powrót do Polityka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość