Dwór-Rodzina szkoła

Miejsce do publikacji twórczości własnej uczestników Forum (poezja, próby literackie i inne).
JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

Blisko siebie

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 5:43 am

Blisko siebie

Człowiek myśli, stąd wiadomo
Nazywają sapiens - homo.
Zwierzę tego nie potrafi,
Człowiek zawsze w sedno trafi.
Pojedzony - zwierz spokojny,
Człowiek zdążą zaś do wojny.
Zwady szuka i przeszkody,
Głupa stroi, mieniąc mody.
Mało zawsze, do przesady,
Tworzy ludzkie maszkarady.

Nie wiem skąd się zło w nim bierze,
Gorszy niźli wściekłe zwierze.
Raz z chytrością ściga lisa,
Drugim razem, wszystko zwisa.
Łeb gdy nosi od parady,
Bywa głupcem do przesady.

Każdy inny. Stąd nauka,
Iż w tym dziele Boska sztuka.
Szkoda tylko, że zmysł Pański,
Nie wypalił miot szatański.
Byłaby tu ziemia w niebie,
Bóg i człowiek, blisko siebie.

Józef Bieniecki

JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

Śliczne oczy

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 5:46 am

Śliczne oczy

Piękne oczy,śliczne oczy,
Rozpalone namiętnością.
Aksamitu cień otoczył,
Przystępnością-łagodnością.

Zapaliły w gwiazdach nieba,
By miłości pył wyrzucić,
Aby sercem, gdy potrzeba,
Namiętnością znowu wrócić.

Odurzone ,anielone,
Zapłakane rosą szczęścia.
Rozkochane,rozpieszczone,
Z chwilą taką są do wzięcia.

A na niebie gwiazd tysiące,
Zapalone w nocy cieniu.
Dotykają swe gorące,
Miłowanie w tym patrzeniu.

Nocy nastrój więc dlatego,
Namiętnością tchnie od góry.
Dla porządku w nas świętego.
To miłości jego córy.

I płaszcz nocy nań położył,
Intymności miłą chwilkę.
U stóp czule będzie korzył,
By nie znikła nam motylkiem.

Józef Bieniecki

JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

By się nie powtórzył

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 5:48 am

By się nie powtórzył

Zamazane obrazy, życia uschłe drzewa.
Ze skręconym konarem drzewo z bólu śpiewa.
Ptak ze skrzydłem złamanym, wyrzucony z gniazda,
Odrzucona przez siostry spadająca gwiazda.

Ból cierpienia na twarzy, wydłubane oko,
Wykrzyczana boleśnie rana wnętrz, głęboko.
Na koślawych kulasach i chromego piętno,
Niepatrzącymi oczy gna myśl beznamiętna.

Odrzucony przez ludzi, bo myślą nie zdąża,
Paraliżem niewoli, chorego oręża.
Twarz ponura, woskowa, z oczami trupimi,
Rak ogarnął skry życia, mackami długimi.

Chwila zwątpień ponura, samotni piekiełko,
Na chorej wyobraźni popękane szkiełko.
Myśli chorej utopia zezem w świat spogląda,
I pustynią podąża na garbie wielbłąda.

Zgięty życiem, chorobą, po drodze utyka,
W nos się śmieje pazerność, nachalna i dzika.
Zbytku kipi kalectwo gdy bieda kuleje,
W todze sędziów od dawna, zbrodnia i złodzieje.
Na krawędzi przepaści stanął i się kiwa,
Świat. Chorzy przywódcy. Głupota sędziwa.
Spadnie albo nie spadnie? Już dawno zasłużył,
By się wiekiem XX więcej nie powtórzył.

Józef Bieniecki

JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

Bydlaki

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 5:49 am

Bydlaki

Orle Biały nie zniżaj swych podniebnych lotów,
Bo cię wpiszą w gatunek kurzejów, kokotów.
Rozwiń skrzydeł swe żagle, płyń gdzie nikt nie sięga,
I oczami bystrymi sięgaj widnokręga.
Bądź nam wieszczem rodowym, trzeba to piorunem,
Nieprzerwanie w zwycięstwa uderzając strunę.

Niechaj biało - czerwonej honoru nie plamią,
W krzywym świata zwierciadle przeszłości nie mamią.
Wszystkim z góry przypomnij kto ramieniem zbrojnym,
Był wolności szermierzem - Europie hojnym.
Żadnej wojny wichurę nie rozpalał wici,
I niewinność bielą piórem twoim świecisz.

Niechaj twoja historia nie błądzi w legendzie,
A żydo - komuna nie gardzi w przybłędzie.
Odda tobie honory. wiekowe zasługi,
W hołdzie złożą u tronu, w części spłacą długi.
Niech pamięci cudzej i swej nie kaleczy.
Bo wyrzekną i obcy, również własne dzieci.

Gdyby Polska nie Matką, ale mamką była,
Wdzięczność jej się należy, bo cię wykarmiła.
Dla wygody się gardzi, cóż jest wart syn taki,
Których one przywary rozgłoszą - bydlaki.

Józef Bieniecki

JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

Tatry-Górale

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 5:52 am

Tatry - Górale

Pośród gór wmalowanych w smreki, limby, hale,
Skalne wiszą wiersycki nad Skalne Podhale.
Z drewna góralskie chaty, na tle ciemnych smreków,
Górską tworzą krainę, wpisane od wieków.
Wkomponował artysta, a że ich tu wielu,
Wzbogacają krajobraz dosięgając celu.

Strome dachy z okapem, z wyżkami na strychu,
Jakby z ziemi wyrosłe, dumają po cichu,
Wszystko w drewnie strugane, powała i ściany,
Podłoga z drewna lita, dzisiaj pobielany,
Sufit zwany powałą. Środkiem chaty sień biegnie,
Czarna, biała izba, stoi przeciwlegle.

W izbie czarnej skupiało się życie rodzinne,
Często aż trzech pokoleń.
W czarnej pokarm warzono, dawniej bez komina.
To i sadzy nalot na ścianach przyczyna,
Zimą często mieszkały i z ludźmi zwierzęta.

Izba biała nazwaną, schludna i od święta,
Domowników gromadzi w chrzciny, dni weselne,
Pogrzeby, odwiedziny i święta kościelne.

Na ścianie pod powałą na szkle malowane,
Szereg świętych obrazów, zdobne oprawiane,
W rogu stół stoi średni, z ozdobionym blatem,
Na nim wazon gliniany z ogrodowym kwiatem.
Sadzano tu dostojnych, domu ważnych gości,
Przy zastawie też godnej, hojnej od możności.

Nad łóżkiem w kiju wisi świąteczne ubranie,
Którym pieczę szczególną powierzał staranie,
Wkładano od święta, idąc do kościoła,
Gdy rodzina gromadką kroczyła wesoła.
Rzeczy szczególnie cenne, korale, dokumenty,
W skrzynię kryły pod ścianą - modlitewnik święty,
Wszystkie meble domowe, ornamenty zdobne,
Do innych krain polskich nie były podobne.
Z prostego tu drewna piękno wykrzesane,
Ręką mistrzów jak z bójki, jest wyczarowane.

Chałpa pachnie modrzewiem lub drzewem świerkowym,
I dymu odrobinką, suszeniem ziołowym.
Z szerokich płazów drzewnych, na zrąb ustawiana,
Mchem pomiędzy balami dobrze uszczelniana.
O dachu rozłożystym, z drewnianego gontu,
Krytą była u szczytów, z tyłu i od frontu,
Razem z okapem, a z tyłu pogródka,
Wiodła do stajni, dalej do ogródka.
I stylowa psia buda, u budy owczarek,
Choć dostojny, tu stróżą wypełniał ofiarę.

Chałpa cieniem chroniła, od deszczu i śniegu,
Tu się halny rozbijał gdy cwałował w biegu.
Budowana na skale, opiera się wiatrom,
Budowana bez gwoździ, dumę mnożąc Tatrom.

Chociaż ziemie piękne, w bogactwa ubogie,
Skarbem lasy bogate, swym runem hendogie.
Ostry klimat nie sprzyja tu w wielu uprawach,
Stwórca w łąki opatrzył, w bogatych murawach,
Do wypasu owiec. W halach tarasowych,
U podnóży wiersycków, skalnych, granitowych.
Stąd od wieków zajęcie, przednie to pasterstwo,
Różne, inne rzemiosła, na czele ciesielstwo.
Słyną po całej Polsce, budownicze domów,
Dłutą artyści, stolarze, pełne ręce roboty
od pracy ogromu.

Śniegi w górach topnieją, zielenią się hale,
We wsiach schodzą gromadnie się wszyscy górale,
Aby spośród gazdów wybrać wpierwi bace,
Winny za organizację i juhasów prace,
Młodych chłopów - pasterzy. Ważne by w ich grono,
Odpowiednie silne owczarki włączono,
Stado chronią od wilków, nie rzadko niedźwiedzia.
Który przez całą zimę w mateczniku siedział.
Teraz wiosną wyrusza. Już redykt wiosenny,
Tradycją napisany, odwieczny, niezmienny.
Wieś żegna z muzyką, odchodzących w hale,
Dźwięczą dzwonki - zbyrcoki, żegnają górole,
Uwijają z szczekaniem owczarki góralskie,
Skore na zawołanie i rozkazy pańskie,
W stadzie trzymią porządek.

Redykt wchodzi na hale, pod szczyty, wysoko,
Od dolin dzielą lasy, ku niebu obłokom.
Zamieszkują w szałasach młodzi juhasowie,
Spośród starszych wybrańców dorośli bacowie.
Najpierw watrę rozpalą, będzie dotąd płonął,
Puki jesienne wiatry z hali ich nie zgonią,
Ogień płonie bez przerwy.
Do wyrobów potrzebny smacznych owczych serów.
Oscypków, ich wędzenia, jak również bundzeru.

Czas upłynie na pracy, a gdy jesień spłynie,
Watrę juhas wygasi, pójdą ku dolinie,
I jesienne redyki wieś śpiewem powita,
W mgielny jesienny welon tym razem spowita,
Owce wrócą do gazdów. W chałupach gaździny,
Będą tkały wełnę, w zimowe godziny,
Do wyrobu rękawic, swetry i skarpety,
Górale zaś kożuchy, serdaki- inne wety.

Józef Bieniecki

JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

Chamskie cycki

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 5:54 am

Chamskie cycki

Byle pić, zewsząd chłeptać,
Kosztem żyć, cudze deptać.
Przyczepiony jak pijawka,
Nie oderwie nawet czkawka.

Strach pomyśleć co to będzie,
Gdy się menda też przysiądzie.
A dziś ślepe ich narzędzie,
Siądzie wiecznie na urzędzie.

Strach pomyśleć, świata zmora,
Pokrzyżuje ludzki spokój.
Nawet piewca Wernyhora,
Nie przepowie ludziom pokój.

Na krwi naszej, niewdzięcznicy,
Wznieśli domy swej buźnicy.
I na naszej wzrośli krwi,
By nam własne zamknąć drzwi.

Na ulicy, tuż przed nosem,
Z oczu otrzyj żalu rosę.
Pobłażania nadszedł kres,
Ich sąsiadem stanie bies.

Nawet Bogu nie darował,
Karcił, uczył i strofował.
Zbrodnia, lichwa i niewidy,
Takie zawsze były Żydy.

Józef Bieniecki

JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

Łatka

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 5:56 am

Łatka

Na podusi u wezgłowia,
Leży kotka salonowa.
Gdy po brzuszku ją podrapiesz,
Ona mruczy ,słodko chrapie.

Jak puszysta w częściach szmatka,
Stąd się zowie, Kotka-Łatka.
I do tego jest milusia,
Bo to Łatka i podusia.

Ogon gruby i puszysty,
Pyszczek w łatki,nosek czysty.
Tuż u pyszczka,u podbródka,
Łatka czarna,niczym bródka.

Bywa często taka chwila,
Że się łasi i przymila.
Przy tym miałkiem opowiada,
Że należy się biesiada.

Wypatruje godzinami,
Na ptaszęta-za oknami.
Ze zacięciem myśliwego,
Mając szczerą chęć na niego.

Raz gdy chciałem strzeć podłogę.
Wziąłem szmatkę raz za brodę,
Miałk ,pazurki kociej córki,
Nie chcę takiej już powtórki.

Józef Bieniecki

JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

Mali śpiewacy

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 6:15 am

Mali śpiewacy.

Kos króluje w orkiestrze poranka,
Jako pierwszy staje w lubych szrankach.
Solo śpiewa,na anielską nutkę,
Czyniąc wszystkim zarazem pobudkę.

Skowronkowie nocą wypoczęte,
Trochę póżniej zaczną arie święte.
Otrząsnąwszy z pierwszej rosy piórka,
Kokietują panie swoje w chmurkach.

Kiedy ranek słoneczko olśniewa,
Do nadziei obecnych zagrzewa.
Budzi resztę opóżnionych śpiochów,
Bałamutnych, krzykliwych pieściochów.

Na podwórkach ,okolicznych drzewach,
Wróbli stadko ćwierkaniem zagrzewa.
Raz zajęci na wspólnym śniadaniu,
Dwa ,oddani wspólnoty śpiewaniom.

Gdy dzień odda swe życie na tacy,
Wstają nocy solidni śpiewacy.
To szczególne indywiduom lasu,
Ciemnej nocy i sennego czasu.

Słowikowie ze szczególnym darem,
Nocy niosą miłosną ofiarę.
Zakochanych podpatrują w parku,
Pieśń miłości zanosząc w podarku.

Józef Bieniecki

JOZEF1949
Posty: 919
Rejestracja: czw lut 25, 2010 6:03 am

Dwór-Rodzina szkoła

Post autor: JOZEF1949 » pn lis 14, 2011 6:19 am

Dwór - Rodzina i szkoła

Ojciec we dworze, jak pan, patriarcha,
Udzielny książę, dyktator, monarcha.
Cześć - autorytet, to fundament domu,
Wszelkim nawałom nie uległ, nikomu.
Nie wymuszony, wpisany w tradycję,
Mur praw otaczał, miał swą definicję.
Którą nikt z domu nie musiał powtarzać,
Ale jak święte zechciano uważać.

Obecność ojca była uświęcona,
Milczeniem dzieci, a prawa korona,
Nie zezwalała, aby też siadały,
O, nie dlatego aby się go bały.
To dla szacunku, ten jak punkt honoru,
Ton wychowania dyktował dla dworu.

Gest powitania, pocałunek ręki,
Pełen powagi, nie ważny wiek, wdzięki,
Cześć oddawano tuląc za kolana,
Do nóg padając, wielbiąc ojca - pana.

Cześć dla rodzica, do niego stosunek,
Tradycji spisał niezmienny warunek,
Z nauki religii wynikał jak prawo,
I był od wieków rodziny postawą.
Do tego stopnia ojca poważano,
Iż błogosławieństwa braku w państwie się bano,
Za dopust Boży- nieszczęść, i bieda ci dziecko,
Gdy ono prawo traktujesz zdradziecko.

Dzieci posłuszne, nie było możności,
Sprzeciwu. Choć dyktator, nie efekt próżności.
Ale od dziadów poprzez wieki całe,
Jedność spójności rodzin budowały.
Prawem objęte były dzieci małe,
Także dorosłe, w dworze zamieszkałe.
Zakaz dotyczył w różnych sprawach drobnych,
Także majątku, matrymonialnych, i temu podobnych.

Puki żył ojciec, nie dzielono włości,
Je zawiadywał, według swej możności.
Zależność dzieci od ojca własnego,
Było w tych czasach jak coś normalnego,
Co podkreślano na gościnach licznych,
I wystąpieniach, spotkaniach publicznych,
Także rodzinnych.
Dorosłe panki szli za głową domu,
I nie uwłaszczał fakt taki nikomu.
Nieśli mu szable, w kościele, przy ławie stawali.
Dając szacunek, tak orędowali.

Przy stole zawsze pierwsze miejsce miewał,
W bawialni fotel, krzesła wsze przyćmiewał.
Nikt w nim nie siadał. Rytm dnia i zajęcia,
Starszy przestrzegał od czasu dziecięcia,
Splot jego gustów, zachcianki i upodobania,
Były jak prawa, wprost do przestrzegania.
W sprawy domowe prawie się nie mieszał,
Lecz smaczną kuchnią zawsze się pocieszał.

Ojca pozycja dyktuje stosunki,
Męża do dzieci i jego małżonki.
Żona podległa bezpośrednio, pana,
Jest też i dworu jako pierwsza dama,
Dzieci rodzicom.
Siostry spełniają drugorzędną rolę,
Względem swych braci. Syn pierworodny
spełnia ojca wolę.
Jako najstarszy, nie zawsze wyjątkiem,
Sposobi wiedzę, by rządzić majątkiem.

Strzegli obyczaj, aby matka - żona,
W dworze czczona, była jak pani - matrona,
Wpływ jej był znaczny, choć nie ochmistrzyni,
Dom prowadziła jako gospodyni.
Doglądać było jej wzniosłym zadaniem,
Z spiżarni prowiant, zagospodarowanie.
Widoczny symbol, plik kluczy u paska,
W woreczku zwisa,ł jak wisior kutaska.
Klucze, drzwi ważne stawiały otworem,
Wszelki wiktuał warując dozorem.
Klucz do spiżarni, apteczki, szafy, cukiernicy,
Komody, biurka- do tych najsłodszych są też
zwolennicy,
Klucz stawiał zakaz. To pani domu ustalała
meni,
Za co szczególnie mąż zawsze ją cenił.
Prace dla służby, dzieci wychowanie,
Dla pani dworu było tu wyzwaniem.
Do niej należy by w miarę, zawczasu,
Na zimę każdą zgromadzić zapasów.

Sprawą nadrzędną każdej było matki,
Wychować dobrze i wykształcić dziatki.
Tu ojciec z racji licznej działalności,
I gospodarczej w dworze powinności,
Do wychowania nie bywał gorliwy,
Pomimo chęci, gdyby był uczciwy.
Ciężar kształcenia pan miewał na głowie,
Gdy rok już ósmy kończyli synowie.
Dopóki dzieci, ciężar ich nauki,
Matka nosiła, doznając tej sztuki.

By dwór dostatni, do tego chendogi,
W drób, bydło, trzodę- nie bywał ubogi.
Żony - gosposi, na głowie też było,
By wszelkie dobro w dworze się mnożyło.
Owoców, warzyw i zwierząt hodowla,
Choć czasochłonna bywała wymowna,
Gdy dwór był hojny, ociekał w dostatek.
W balach brał udział, zaś szlachecki
światek.
To też wysoko oceniał małżonek.
Żonę jak klejnot i dworu koronę,
Ozdobą męża. W swoich utworach spisują
poeci,
Żona jak brylant na ich drodze świeci.

W hierarchii druga, jest starszyzna państwa,
U właścicieli mieszkając, ziemiaństwa.
Kult i szacunek.Szli rankiem grzecznie, aby
ich powitać,
Grać w partię wista, mariasza, lekturę poczytać.
Dbać o "wygódki" i ziółka zaparzyć,
W zimowy wieczór posłuchać, pogwarzyć,
Zadbać o fotel, gruby pled na nogi,
I nastrój tworzyć przyjazny- nie wrogi.
Wygrzać ich łóżka mosiężną szkandelą,
Rozśmieszyć smutnych, cieszyć gdy weselą.

Prócz ich rodziców i dzieci kilkoro,
Od dawien dawna bywali podporą,
I rezydenci i rezydentki, często liczba spora,
Dla potrzeb dworu, byli gośćmi dwora.
Bracia lub siostry, same, niezamężne,
Wdowy, ubodzy krewni, chorzy niedołężnie,
Jak kazywała odwieczna tradycja,
Nie zagrażała ich z dworu pozycja.
Wszechstronna pomoc, w miarę możliwości,
Podziękowaniem był, za to że ich gościł.
Często ze szkoły, z wojska przyjaciele,
Po dobrach stracie, gdy mieli niewiele.
By się utrzymać, będąc w odwiedziny,
Przez lata całe doznali gościny,
Często do śmierci. Gościnność polska
wprawiała w zdumienie,
I częsty podziw. Skąpstwo kładło cieniem.
Dom stał otwarty dla wrogów i swoich.
Obfity w żywność i wiele pokoi.
Z sercem, życzliwie, przyjęto strudzonych,
Karmił i poił, w miejscu przeznaczonym,
Gościnny pokój.

Gdy dwór był duży i ludzi niemiara,
Bywał kapelan. Mszy Świętej ofiara,
W salonie sprawiał tu w specjalnej niszy,
Gdzie ustawiano mu ołtarzyk mnisi.

Bywał i lekarz, czyniąc swą powinność,
Często dozgonnie przyjmował gościnność,
Jako fachowiec słynąc od dziedzica,
Porady czerpie cała okolica.

Oprócz nich w dworze, czynnik zamożności,
Tu decydował jaką służbę gościł.
Bywała liczna, zatrudnił wielu z zawodami,
Dla dworu, sadu, wszystkimi włościami.
Służbę stanowią: oficjaliści, służba folwarczna,
i służba domowa,
Która na stałe przy dworze się chowa,
Z dziada pradziada w prawem domowników,
Ale i służby, lecz nie niewolników.

Nauka we dworze to element przedni,
W życiu paniczów jako chleb powszedni.
Od dziecka uczą z początku pacierza,
To obyczaje, rzemiosła żołnierza.

Nim jeść zaczęło, w krzyż rączki składało,
A gdy mówiło, pacierz odmawiało.
Nie jadł pokarmu puki nowa strofka,
W pamięć nie wkuła jego mała główka.

Mamka we dworze maleńkie karmiła,
Na prawie ważnym, w nim też się gościła,
Silna i zdrowa, jedna z wiejskich kobiet,
Od niej zależy i dziedzica zdrowie.
Spośród sług ważna, bez plag irytacji,
"Pokarm nie burzyć". zmartwień od flustracji.
Żyła spokojnie. Nie wolno urazić,
"Bo dziecko złamie". Mogła się obrazić.
Zdrowe jedzenie. Umów dopełniła,
Silne paniątko w końcu wykarmiła.
W wielu dworzanach wdzięczność
z serdecznością,
Czuwa nad mamką, jej także starością.

O ile mamki- szło zapotrzebowanie,
Piastunką, niańką były starsze panie,
Którym ufają, pracy onej zdzierżą,
I wychowanie dzieci im powierzą,
Mamkę do dziecka także dobierano,
Niańkę kolejną do niej przywiązano,
Dziecko kolejne. Była domownikiem,
Stróżką dzieciarni, ich orędownikiem.
Choć czas, zwyczaje, częściowo odmienia,
One chowały dalsze pokolenia.
W pamięci dzieci miały miejsca czułe,
Za pieśni, bajki, które do snu snuły.
Opiekę, miłość i serce matczyne,
W wdzięcznej pamięci wpisuje w dziecinę.
Letnie dzieciaki przekazują bonom,
Z wymogiem wyższym te im powierzono,
Przygotowane są więc zawodowo,
Z właściwych domów wybraną osobą.
Z domów szlacheckich, nie rzadko
mieszczańskich,
Średnio zamożnych, ale za to pańskich.
Uczą czynności, jak dziś przedszkolaka.
Tu kilkunastu, tam że jedynaka.

Gdy wiek osiągną, tętniły metrami,
W dziewcząt nadwyżce zaś guwernantkami,
Pierwsi dla chłopców, drugie zaś dziewczęta,
Nie zawsze jednak zasada ta święta.
Uczą matematyki, muzyki, rysunku,
Zdolność szczególną, kształcono w kierunku.
A każda dama zna obce języki,
Gra i poznaje zasady muzyki,
Jest ułożona z formą towarzyską,
Ręczne robótki, czuwa- nad słabością męską.
To guwernantkom dają to zadanie,
By z córek dworskich wychowano panie.
Choć pensje modne i w liczącym tonie,
W edukacyjnej większość stoi stronie.
W naukach owych, dzisiaj też rzecz święta,
Służy to chęciom, i wielbi talenta.

Rzadziej dziewczęta, chłopcy w części licznej,
Szli po nauce do szkoły publicznej.
Szkoła infirma Jezuicką zwana,
Parwa - pijarów, wszędzie stopniowana.
Uczą gramatyki, syntaktyki, retoryki,
Filozofii, teologii także poetyki.
Tu filozofię dzielą na logikę,
Dialektykę, fizykę i metafizykę,
Też dla niektórych tu matematykę.
Na Akademii Krakowskiej, Wileńskiej,
Także uczono tutaj mowy polskiej,
Języki, niemiecki, francuski, ponadto łaciny,
Astrologii, geografii, kosmografii także medycyny.

Etyczną siłą w dawnych obyczajach,
Nie rozkładano, w drodze na rozstajach,
Sedno stanowi dla sprawy publicznej,
W herbu insygniach dla sprawy dziedzicznej.
Siła opinii była w społeczeństwie,
Roli człowieka, w jego człowieczeństwie.

Banita wszakże mógł długo żartować,
Z wyroków różnych, intrygi swe knować.
Jednak u progu kres jego zuchwalstwa,
Rodzina murem- naprzeciw matactwa.

"Stryjcy herbowi" w rodzinnym obszarze,
Są świętym prawem, jak święte Ołtarze,
Kto ją bezcześci, kto ręką podnosił,
Karę ponosi, o litość nie prosił.
Wpływy, znaczenie, przyjęte szeroko,
Były potężne im szerzej, głęboko.
Biegły granice, u nas tak pojęte,
W Polsce przetrwały jak insygnia święte.

Józef Bieniecki

ODPOWIEDZ