Szeremietiewa Sylwestrowa opowiesc....

Gdzie dwóch Polaków, tam trzy światopoglądy.
marycha
Posty: 751
Rejestracja: ndz mar 28, 2010 3:51 pm

Szeremietiewa Sylwestrowa opowiesc....

Post autor: marycha »

Mam nadzieję, że Romuald Szeremietiew nie będzie miał nic przeciwko temu, że zacytuję wpis z jego blogu. Wydaje mi się on ogromnie ważną ilustracją do moich poprzednich wpisów, zwłaszcza tego dotyczącego Piotra Bednarza dlugodystansowiec.salon24.pl/258607,piotr-bednarz-pamietam-ofiarom-stanu-wojennego Niech on również będzie swojego rodzaju komentarzem na posty i wpisy tych blogerów Salonu24, którzy przedstawiali uwięzienie w czasie stanu wojennego jako swojego rodzaju sielankę gdzie można było i matury zdawać oraz doktoraty i habilitacje pisać. Tekstu R. Szeremietiewa nie komentuję. Jest on już sam w sobie wystarczająco wymowny.

Mam tylko nadzieję, że IPN będzie się starł również dotrzeć do całej prawdy o tym co stało się z Piotrem Bednarzem.
Sylwestrowa opowieść o atłasowym męczeństwie

szeremietiew.blox.pl/2010/12/Sylwestrowa-opowiesc-o-atlasowym-meczenstwie.html
Sposób w jaki dokonała się zmiana ustroju w dawnej Czechosłowacji jest nazywany „atłasową rewolucją”. Zastanawiam się czy męczeństwo też może być atłasowe. W ostatni dzień koszmarnego dla nas roku 2010 (Smoleńsk) listonosz przyniósł stos listów z życzeniami świątecznymi i wezwanie z IPN. Zostałem poproszony, aby jako świadek złożyć zeznania w sprawie „zbrodni komunistycznej popełnionej w latach 1983-1984 w Barczewie przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego, polegającej na fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad pozbawionymi wolności Piotrem Bednarzem, Romualdem Szeremietiewem i innymi”. Wróciły wspomnienia z tamtego okresu.

Latem 1983 roku trafiłem do więzienia w Barczewie (wcześniej od stycznia 1981 r siedziałem w Areszcie Śledczym na ul. Rakowieckiej w Warszawie). Wraz ze mną w Barczewie osadzono Edumunda Bałukę, Patryka Kosmowskiego, Jerzego Kropiwnickiego, Andrzeja Słowika, Leszka Moczulskiego i Tadeusza Stańskiego. Po pewnym czasie przywieziono Władysława Frasyniuka. Nasze cele znajdowały się w wybudowanym przez Niemców w latach trzydziestych pawilonie. Każda miała powierzchnie ok. 6,5 m2. Za Niemców były przeznaczone dla jednego więźnia (nas trzymano po 2 lub 3). Zimne, zagrzybione, całkowicie zastawione pryczami, stołem, śmierdzącym kubłem (nie było kanalizacji). Drewniana podłoga, przegniła, położna na betonie wylanym bezpośrednio na ziemi. Pawilon ten służył do osadzania więźniów niebezpiecznych ukaranych dyscyplinarnie oraz więźniów chorych na żółtaczkę zakaźną, a także dla przestępców hitlerowskich (siedział E. Koch, po naszym przyjeździe został przeniesiony w lepsze warunki do separatki szpitalnej). Wszystkich osadzonych dozorowali wspólni strażnicy, którzy pobierali dodatek za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia, a więźniowie chorzy zakaźnie i zdrowikorzystali ze wspólnej łaźni.

Zapytałem naczelnika więzienia, czy w takich warunkach powinni być trzymani więźniowie polityczni. Odparł, że w PRL nie ma żadnych więźniów politycznych i będziemy traktowani tak jak inni „kryminaliści”. Okazało się jednak, że nawet tego nie będzie. Na początku grudnia 1983 r. na polecenie z Warszawy „przykręcono śrubę”. Zabrano nam przywiezione z Rakowieckiej własne książki, ubrania, koce i odebrano hurtem wszystkie uprawnienia regulaminowe przysługujące więźniom kryminalnym. Nie mogliśmy np. pisać listów do domu, spotykać się z bliskimi i adwokatami. Mnie dodatkowo odmówiono zgody na pisanie pracy doktorskiej.

Podjęliśmy czynna akcję protestacyjną. Więzienie chciało nas spacyfikować.Większość czasu przetrzymywani byliśmy w kajdankach. Kuto nas w sposób szczególnie dotkliwy – do tyłu, przekuwając jedynie na noc ręce do przodu. Zdarzało się, że oprócz zakucia w kajdany zaklejano nam plastrem usta w identyczny sposób, jak robili to hitlerowcy rozstrzeliwujący Polaków. Zakładano nam kaftany bezpieczeństwa, twierdząc, że jesteśmy psychicznie chorzy. Stosowano też specjalne urządzenie krępujące, wykorzystywane przy wykonywaniu kary śmierci przez powieszenie. Używano gazy paraliżująco-łzawiące. Świadomie oblewano nam gazem oczy z odległości kilku centymetrów w celu uszkodzenia wzroku. Pamiętam słowa klawisza: „Daj mu mocniej po ślepiach niech oślepnie”. Byliśmy wielokroć zamykani do specjalnej celi. Było to pomieszczenie o pow. 5 m kw., bardzo szczelne, bez okien i dostępu powietrza. Już po kilku minutach osoby osadzone odczuwały brak tlenu. Wtedy obserwujący nas przez wizjer klawisz otwierał drzwi i... można było oddychać. Takie podduszanie trwało godzinami. Stański nazwał tę celę „bunkrem głodowym” bowiem zdarzało się, że zamkniętym nie podawano posiłków. Np. w dniach 29 marca do 2 kwietnia 1984 roku osobom przebywającym w tym pomieszczeniu nie podano jedzenia. Podstawą prawną zastosowania takich metod było podobno zarządzenie ministra sprawiedliwości z 1975 roku pozwalające na stosowanie takiego rodzaju tortur.

Po kilku miesiącach nasz protest zakończył się sukcesem. Okupionym jednak dużymi stratami: Kropiwnicki i Słowik głodówkami spowodowali trwałe uszkodzenie zdrowia, Piotr Bednarz rozpruł sobie nożem brzuch, a ja trafiłem do szpitala z poważną niewydolnością serca. Ponadto pod sfingowanym zarzutem pobicia klawisza przygotowano kolejny proces i miałem spędzić za kratami następne kilka lat.

Kiedy o tym wszystkim myślę spoglądam na stronę internetową z wypowiedzią prezydenta Komorowskiego. Skrytykowany za zaproszenie gen. Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego podkreślił, że w przeciwieństwie do swoich adwersarzy ma osobiste doświadczenia związane ze stanem wojennym, w wyniku którego trafił do obozu internowania. Prezydent mówił: "Być może część tego wściekłego ataku na mnie to po prostu przejaw jakiegoś kompleksu tych, którzy albo czmychnęli za granicę w okresie stanu wojennego i stamtąd byli bohaterami zza płota, albo tych, którzy nigdy nie zaryzykowali niczego i stan wojenny przeczekali spokojnie mocząc nogi w miednicy z ciepłą wodą" Rzeczywiście Komorowski byłod grudnia 1981 do czerwca 1982internowany w obozie w Jaworzu. Mamy opis obozu: „Ośrodek w Jaworzu był jednym z kilku zaledwie obozów internowania stanu wojennego, który umieszczono nie w więzieniu, lecz w wojskowym domu wczasowym podległym dowództwu wojsk lotniczych. (...) Był to obóz niewielki, liczba internowanych rzadko przekraczała 60 osób. (...) Cechą najbardziej charakterystyczną, odbiegającą od przeciętnej innych obozów był skład osobowy Jaworza: przebywali w nim intelektualiści - pisarze, artyści, naukowcy i - jak się po kilku latach okazało - przyszli politycy z pierwszych miejsc w kraju. Ośrodek odosobnienia w Jaworzu, jako jeden z bardzo niewielu w kraju, odpowiadał warunkom internowania zapowiadanym przez władze stanu wojennego: dwa pawilony spełniały standard wczasowy, w pokojach ok. 10 m2, z przedpokojem mieszczącym szafę i umywalkę, mieszkały 3 osoby. Dwa prysznice i cztery kabiny WC na piętrze przypadały na 20-30 osób. Czystość w pokojach, na korytarzu i w pomieszczeniach sanitarnych utrzymywali sami internowani. W oknach nie było krat, pokoje były otwarte, panowała swoboda poruszania się po korytarzach i wewnątrz pawilonu - ale już nie swoboda wychodzenia na zewnątrz, na teren bez muru i wieżyczek strażniczych. Spacery odbywały się pod nadzorem, w kółko po wyznaczonym terenie. Posiłki, przyrządzane smacznie, podawano do stolików w stołówce. Osobistą kontrolę nad obozem sprawował adiutant gen. Kiszczaka, pułkownik Romanowski - on eskortował transport helikopterami z Warszawy do Jaworza, on też odwiedzał regularnie obóz. Stała, SB-cka część załogi Jaworza, nie ulegała zmianie ... (..) Opiekę duszpasterską nad obozem sprawował początkowo sam ordynariusz diecezji koszalińskiej, bp Ignacy Jeż; (...) W obozie istniała doskonała samooroganizacja dla zagospodarowania czasu: działała ,,wszechnica jaworzyńska?, której wykłady odbywały się początkowo codziennie - później dwa razy w tygodniu, co sobotę odbywały się wieczory PEN-Clubu, a także wieczory poezji, seminaria historyczne i filozoficzne, spotkania okolicznościowe, działały lektoraty językowe. W Jaworzu - i tylko w nim - pojawił się poważny problem, którego nie znały inne obozy. Była w nim świadomość wyraźnego uprzywilejowania w stosunku do innych miejsc odosobnienia...”

W połowie kwietnia 1981 r. żona Bronisława Komorowskiego skierowała prośbę o udzielenie przepustki jej mężowi ze względu na śmierć dziadka. Komorowski dostał przepustkę i ją przedłużał prowadząc rozmowy z esbekami. Moja żona też występowała o przepustkę dla mnie w związku z pogrzebem babci. Nawet jej nie odpowiedziano. Może dlatego, że rodzice mojej żony nie mogli ją wesprzeć w tych staraniach; ojciec inżynier, w czasie wojny był w Szarych Szeregach, żołnierz AK, matka bibliotekarka – w latach 50. nie przyjęto jej na polonistykę bowiem była córką przedwojennego policjanta.

A skoro wspomniałem żonę. Mówi Komorowski: „Ale najbardziej byłem z niej dumny, kiedy siedziałem internowany. Ania znalazła Jaworze na mapie, dojechała tam 31 grudnia 1981 roku, brnęła kilka kilometrów przez śnieg, z plecakiem dotarła do ośrodka." Moja Iza nie mogła w grudniu 1981 r. odwiedzać mnie w więzieniu. Sama znalazła się za kratami. Z racji nazwiska ( była tylko szeregowym członkiem „Solidarności”) została o północy z 12/13 grudnia 1981 r. skuta przez esbeków kajdankami i następnie zawieziona do więzienia. Samochodem ciężarowym z plandeką w zimie, z Leszna – gdzie wówczas mieszkaliśmy - do Ostrowa Wlkp., odległość ponad 100 km. Witali ją w kryminale strażnicy z psami, trzymano w celi stosując surowy regulamin więzienny. Nie było żadnych paczek i tym podobnych fanaberii. Jak się okazało żonę zamknęli, aby wymusić podpisanie lojalki. Nie dała się złamać – zdawała sobie sprawę, że w ten sposób chciano uświnić nasze nazwisko – w „Trybunie Ludu” napisaliby, że Izabela Szeremietiew popiera stan wojenny. Po wyjściu z więzienia spotkał ją prezent od tzw. naszych. Kolega pojechał do działającego przy Kościele ośrodka pomocy represjonowanym. Powiedział, że zgłasza osobę bez środków do życia, która ma męża w więzieniu, a sama niedawno wyszła z internowania. Usłyszał: „oczywiście trzeba pomóc, jak ta pani się nazywa”. Podał nazwisko: Szeremietiew. „To nazwisko nas nie interesuje” – usłyszał.

Komorowski szczyci się dzielną żonę, która pierwsza „przedarła się” do Jaworza i dostarczyła mu paczkę. Moja żoną musiała z Leszna Wlkp. do Barczewa pod Olsztynem (gdzie siedziałem) najpierw pokonać 700 km pociągiem, co trwało ponad dobę i mogła mi dostarczyć 3 kilogramową paczkę, jak przewidywał regulamin, a w niej to, co mogła kupić na kartki, odejmując sobie od ust. Zdarzało się kilka razy, że pod bramą więzienia mówiono jej, iż odebrano mi prawo do widzenia i musiała wracać z niczym. Do dziś pamiętam, jak kiedyś przyjechała do mnie zimą, miała na nogach grube skarpety i letnie buty z odkrytymi palcami. Nie miała pieniędzy na kupno zimowych butów.

Tak, tak, byliśmy obaj z Bronkiem prześladowani przez reżim gen. Jaruzelskiego, gdy inni wtedy nogi moczyli w miednicy, za płotem oczywiście.
marycha
Posty: 751
Rejestracja: ndz mar 28, 2010 3:51 pm

Re: Szeremietiewa Sylwestrowa opowiesc....

Post autor: marycha »

Ja tylko opowiadam.
Rzeczywiście w więzieniach i obozach internowanych było różnie. Sam nie liczyłem na ulgowe traktowanie ze strony wroga - bo to był wróg, który odebrał Polakom niepodległość. Za Bieruta dostałbym zapewne nie 5 lat kryminału, ale kulę w głowę. Więc nie było tak źle. Z tego co zostało w IPN po nieboszczce SB bez trudu ustaliłem, że moje poglądy i postawa mówiły im, że ze mną nie ma o czym rozmawiać. Kiedy zaczął się nasz proces (kierownictwa KPN), to było w czasie "karnawału Solidarności" 15 czerwca 1981 r. i na sali sądowej, poza esbekami w roli publiczności, były nasze rodziny żona usłyszała jak siedzący przed nią esbek powiedział do kolegi: "Najgorszy ten sk..syn z ruskim nazwiskiem, ani słowa w śledztwie nie powiedział".
Kiedyś trafiłem na wspomnienia gen. Kiszczaka i przeczytałem, że on skrytykowany ostro w jakimiś liście otwartym przez siedzącego na Rakowieckiej Adama Michnika z podziwu dla odwagi Adama kazał mu wstawić do celi kolorowy telewizor. W tym czasie w mojej celi stał śmierdzący kubeł na odchody. W więzieniu zastanawiałem się jakich sposobów używa Adam, że potrafi w celi pisać książki, które "Kultura" czy "Aneks" zaraz drukują. Ja moje notatki musiałem pisać maczkiem na mini karteczkach i w przemyślne sposoby myląc klawiszy przemycać na widzenia, jeśli je miałem, by niepostrzeżenie przekazywać żonie. Tadek Stański żartował, że Michnik zapewne swoje teksty musi wynosić na widzenia w konewce.
I wyjaśnienie. Ośrodek pomocy represjonowanym, o którym wspomniałem, to nie św. Marcin. Z czasem, tuż przed moim wyjściem z więzienia, za sprawą mojego obrońcy śp. Jerzego Woźniaka jakaś pomoc zaczęła się pojawiać. Raz dostaliśmy nawet paczkę ze środkiem do czyszczenia srebrnych sztućców – ktoś miał poczucie humoru. Ale to przecież zrozumiałe: po co miałby ktoś „rozsądny” wspierać takiego jak ja niepodległościowego oszołoma? W 1987 r. byłem w Szwajcarii i tam spotkałem ludzi organizujących pomoc dla więzionych i internowanych. Zapytałem jak to się stało, że my z KPN siedząc tyle lat w więzieniu nie dostaliśmy nigdy żadnej paczki. Zapytany bez słowa pokazał mi listy aresztowanych i internowanych przysłane z Polski. Były tam nasze nazwiska, ale nie było adresów naszych rodzin, ani nazwy więzienia, w którym nas trzymano.
Chcę być dobrze zrozumiany – ja nie skarżę się, ja tylko opowiadam.

Szeremietew
marycha
Posty: 751
Rejestracja: ndz mar 28, 2010 3:51 pm

Re: Szeremietiewa Sylwestrowa opowiesc....

Post autor: marycha »

Iława
W byłym województwie olsztyńskim utworzono obóz internowania w Iławie - zlokalizowany w zakładzie karnym. Działał od 13 grudnia 1981 roku do końca czerwca 1982 roku. Stan osobowy obozu: 3 stycznia '82 - 185 osób, większość z wykształcenia wyższym; 12 marca - 99 osób; 30 kwietnia - 87 osób; 5 maja - 107, dwadzieścia nowych to ofiary łapanek po 1 i 3 maja w Gdańsku; 29 maja - 138 osób, nowi to ofiary aresztowań po manifestacjach 13 maja. W czerwcu 1982 roku grupy internowanych zaczęto wywozić do innych obozów: 26 czerwca siedemnastu internowanych wywieziono do obozu w Kielcach - Piaskach; 28 czerwca ostatnich dwudziestu sześciu internowanych - do obozu w Kwidzynie i obóz w Iławie przestał istnieć.
Charakter obozu był typowo więzienny. zajmował 2 piętra w kilku - piętrowym bloku: cele małe, brudne i duszne, okna blindowane, jedna żarówka pod sufitem, WC w celach niczym nie ogrodzone, jedzenie bardzo marne. Analiza próbek jedzenia wykonana na wolności wykazywała obecność bromu i glimidu - silnego środka uspakajającego; internowani od początku skarżyli się na senność i apatię. Jedynym jasnym punktem była bardzo dobrze zaopatrzona biblioteka więzienna. Dokuczał brak opieki lekarskiej i leków.
Obóz internowanych w Iławie miał swoje charakterystyczne wyróżniki. Pierwszym z nich była wyjątkowa brutalność obsługi obozowej. Drugim - bardzo aktywna, twarda postawa Kościoła, pod przewodnictwem Biskupa Warmińskiego Jana Obłąka. Trzecim - liczne objawy solidarności i współdziałania mieszkańców Iławy. czwartym wreszcie - niezwykle różnorodne życie społeczne i kulturalne wspólnoty więźniów obozu. Już w lutym ciężko pobici zostali, bez żadnego powodu, dwaj internowani, w obecności 20 milicjantów i zastępcy komendanta obozu. Nie było żadnych konsekwencji. W maju ciężko pobity został przez służbę szpitala więziennego w Barczewie internowany z Iławy. Zamiast do szpitala trafił na 10 dni do karceru, po czym bez leczenia wrócił 25 marca; tego dnia bojówka ok. 60 funkcjonariuszy służby więziennej, pod dowództwem zastępcy komendanta więzienia, kpt. Preissa, ciężko skatowała czterech mieszkańców celi nr 14. Stało się to po alkoholowym bankiecie na zakończenie kursu szkoleniowego Służby Więziennej. Bito ich najpierw pałkami i pięściami w celi, a następnie dwukrotnie przepuszczono przez ścieżkę zdrowia, celując przede wszystkim w głowy. Do pobitych nie wezwano lekarza więziennego, nie dopuszczono też lekarzy spośród internowanych. 26 marca przez mur więzienny przerzucona została, w wielu egzemplarzach, informująca o zajściach w obozie i prosząca znalazców o natychmiastowe poinformowanie Prymasa Polski, Biskupa Warmińskiego i opinii publicznej. Internowani oznajmiali o podjęciu głodówki protestacyjnej, domagając się przybycia przedstawicieli władz państwowych i umożliwienia spotkania z wysłannikami Kościoła. Reakcja była natychmiastowa: już następnego dnia do obozu przybył dziekan Iławy, a w sobotę 28 marca biskup Obłąk. Biskup rozmawiał z władzami obozu i pobitymi więźniami - po tej wizycie pobitych przewieziono karetkami na badania do szpitala w Iławie. 30 marca internowanych odwiedził Biskup Łomżyński. Rodziny skierowały pisma indywidualne do Ministerstwa Sprawiedliwości z żądaniem śledztwa i ukarania winnych. Pismo zbiorowe wystosowało do ministra Sprawiedliwości 99 internowanych. 31 marca przez mur przerzucony został kolejny dokument - formalne zeznania pobitych spisane przez internowanych prawników. Władze obozu wyraziły w końcu ubolewanie z powodu zachowania się funkcjonariuszy. W tej sytuacji internowani zdecydowali o przerwaniu głodówki.

Kwidzyn
14 sierpnia 1982 r. w Kwidzyniu milicja i straż więzienna przeprowadziły wyjątkowo brutalną pacyfikację obozu internowania dla działaczy „Solidarności”. W jej wyniku pobito ponad 80 internowanych, blisko połowa z nich doznała ciężkich obrażeń. Trwająca kilka godzin bestialska akcja była odpowiedzią na protest uwięzionych dotyczący ograniczenia kontaktów z rodzinami.
W obozie internowania znajdującym się na terenie Zakładu Karnego w Kwidzynie władze stanu wojennego przetrzymywały przede wszystkim solidarnościowych działaczy szczebla zakładowego i regionalnego pochodzących głównie z północno-wschodniej Polski. W sumie około 150 osób.
Bezpośrednim powodem protestu podjętego przez internowanych 14 sierpnia 1982 r. było nie wpuszczenie do ośrodka ich rodzin w dniu odwiedzin.
Reakcją władz na protest było podjęcie wyjątkowo brutalnej akcji pacyfikacyjnej, którą przeprowadziły oddziały milicji i służby więziennej.
Świadek tych wydarzeń komendant Straży Pożarnej w Kwidzynie Roman Gałuch wspominał: „Wjechałem na teren obozu. Miejscowa straż stała już z hydrantami na dziedzińcu. Strażnicy wpychali internowanych do pawilonów. Jakiś człowiek stał na dachu. Dwóch milicjantów ściągnęło go stamtąd i zaczęło bić. Pała, kop, pała, kop. Maltretowali strasznie. Moi chłopcy zaczęli płakać. (...) Widok pokrwawionych ludzi i znęcających się nad nimi milicjantów przekraczał powoli granice mojej wytrzymałości. Widziałem w życiu wiele nieszczęść, ale wszystko to były wypadki losowe. Tym razem byłem świadkiem bestialstwa”.
Pacyfikacja trwała kilka godzin. Internowani byli polewani wodą, bici pałkami, kopani i szczuci psami.
Po wyparciu protestujących z placu zostali oni zapędzeni przez funkcjonariuszy do pawilonów, w których rozegrał się dalszy ciąg bestialskiej akcji.
Według relacji świadków kilkunastoosobowe grupy uzbrojonych funkcjonariuszy pod dowództwem oficera wchodziły do cel i ponownie biły internowanych ubliżając im i każąc niszczyć plakaty związkowe i symbole religijne. Do wielu cel wchodzono po parę razy.
Jeden z internowanych tak opowiadał o tym, co działo się tego dnia wewnątrz budynków: „Wyzwiskom i epitetom towarzyszyły głuche odgłosy uderzenia pałki i słabnące jęki katowanych. Jakkolwiek bicie w celach miało charakter masowy, to największe obrażenia odnieśli internowani, których wyciągnięto z cel. Na korytarzu urządzano „ścieżki zdrowia”, gdzie bito do utraty nieprzytomności po głowie i w okolice nerek. Leżących kopano. Wobec wielu osób czynność powtarzano wielokrotnie”.
Inny internowany wspominał: „Jednemu z bitych kazano klęczeć. Innemu całować buty. Znęcali się nad dziewiętnastoletnim Radkiem Sarnickim z Zamościa. Podrzucali go do góry i upuszczali na beton. Potem cisnęli na łóżko. (...) Zaczęli go na nowo okładać pałkami. Po jednym z uderzeń w skroń doznał obrażenia, które skończyło się trepanacją czaszki”.
W czasie akcji funkcjonariusze milicji i służby więziennej pobili ponad 80 internowanych. Blisko połowa z nich odniosła ciężkie obrażenia, których konsekwencją niejednokrotnie było trwałe kalectwo.
Zenon Złakowski w książce „Solidarność olsztyńska w stanie wojennym”, wydanej w 2001 r., tak pisał o ludziach winnych tej tragedii: „Odpowiedzialność za pacyfikację obozu w Kwidzynie ponosi ówczesny komendant obozu kpt. Juliusz Pobłocki z Malborka. On to zorganizował całą akcję przy użyciu strażników więziennych z Kwidzyna, ale także ze Sztumu, którymi dowodził kpt. Roman Podolak oraz Iławy i Elbląga. Ponadto ówczesny komendant MO w Kwidzynie kpt. Henryk Podlecki nadesłał radiowóz w celu rozgonienia zebranych koło bramy rodzin. Wszystko wskazuje na to, że J. Pobłocki został na polecenie Jana Kolczyńskiego, dyrektora Okręgowego Zarządu Zakładów Karnych w Olsztynie, specjalnie przeniesiony z Zakładu Karnego w Sztumie do Kwidzyna, aby dokonać pokazowej pacyfikacji obozu internowanych”.
Po zakończeniu akcji funkcjonariusze przeprowadzili jeszcze w celach kilkakrotne rewizje, w czasie których niszczyli przedmioty osobiste internowanych, książki i posiadaną przez nich żywność.
Następnego dnia kilkudziesięciu internowanych rozpoczęło głodówkę domagając się m.in. usunięcia komendanta obozu kpt. Juliusza Pobłockiego oraz jego współpracowników.
Wstrząsające informacje o brutalnej pacyfikacji w Kwidzynie szybko przedostały się do opinii publicznej w kraju, a dzięki Radiu „Wolna Europa” wiedziano o niej także za granicą.
Do Kwidzyna przybyli przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i Prymasa Polski.
Kilku internowanych, dotkliwie pobitych 14 sierpnia, oskarżonych zostało przez Prokuraturę Wojewódzką w Elblągu o czynną napaść na funkcjonariuszy służby więziennej.
23 maja 1983 r. Sąd Wojewódzki w Elblągu w imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej skazał: -Mirosława Duszaka (pracownika zakładów „Truso” w Elblągu) na 2 lata więzienia
-Zygmunta Goławskiego (rolnika z siedleckiego) na 2 lata więzienia
-Adama Kozaczyńskiego (przewodniczącego oddziału Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność” w Tomaszowie Lubelskim) na 2 lata więzienia
-Andrzeja Bobera (wiceprzewodniczącego Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „Solidarność”) na 1,5 roku więzienia
-Władysława Kałudzińskiego (pracownika „Polmozbytu” w Olsztynie) na 1 rok więzienia
-Radosława Sarnickiego (ucznia IV klasy LO w Zamościu) na 1 rok 9 miesięcy więzienia w zawieszeniu
Wykazując „dobrą wolę” Sąd Wojewódzki w Elblągu uchylił wobec skazanych areszt tymczasowy do czasu uprawomocnienia się wyroku, a 17 sierpnia 1983 r. na podstawie ustawy o amnestii z 21 lipca 1983 r. umorzył postępowanie wobec skazanych.
Na mocy tej samej ustawy umorzono również postępowanie wobec funkcjonariuszy służby więziennej uczestniczących w pacyfikacji w Kwidzynie.
Tragedia, która rozegrała się 25 lat temu w Kwidzynie, nie była pierwszym przypadkiem znęcania się nad internowanymi przez służbę więzienną, zdarzenia takie miały miejsce m.in. 13 lutego 1982 r. w Wierzchowie Pomorskim i 25 marca tego samego roku w Iławie.

To sa wspomnienia ludzi o ktorych nie wolno zapomniec.
tekajot
Posty: 2043
Rejestracja: wt lis 16, 2010 7:02 am

Re: Szeremietiewa Sylwestrowa opowiesc....

Post autor: tekajot »

I co na to gajowy Bronek? Nic. Zupelnie nic.

Do Belwederu będzie się wprowadzał. Czyżby bał się ducha Lecha Kaczyńskiego?
marycha
Posty: 751
Rejestracja: ndz mar 28, 2010 3:51 pm

Re: Szeremietiewa Sylwestrowa opowiesc....

Post autor: marycha »

Jego Ekscelencja, Namiestnik i Zwierzchnik Sil Zbrojnych mialby sie bac duchow?
Co by powiedzial na to Januszek-Stanczyk za przeproszeniem Palikot?
ODPOWIEDZ