Troche Ameryki

Widziałeś ostatnio ciekawy film albo byłeś na koncercie? Podziel się wrażeniami.
Reflex
Posty: 11293
Rejestracja: sob paź 17, 2009 9:37 pm
Lokalizacja: USA
Kontakt:

Troche Ameryki

Post autor: Reflex »

Muzyka Amerykanska

Z racji mieszania się różnych kultur i nacji muzyka amerykańska wykazuje wiele wpływów. Szczególnie wyraźnie silniej niż w Europie przeniknął do niej jazz. Jest to przecież styl muzyczny, który narodził się w Stanach Zjednoczonych.

Jednym z pierwszych kompozytorów, którzy zdecydowali o kierunku w jakim podążyła muzyka amerykańska był Scott Joplin (ok.1867-1917). Stworzył on klasyczny ragtime na którym wzorowało się później wielu innych kompozytorów.



Bardzo ważna była rola Georga Gershwina (1898-1937), który działał w czasie zalegalizowanej segregacji rasowej. Pomimo tego w swojej muzyce łączył styl klasyczny z ogromnym wpływem muzyki afroamerykańskiej a szczególnie jazzu. Gershwin był pianistą i kompozytorem. Komponował muzykę na sceny Brodwayu (główne centrum musicalu) jak i muzykę przeznaczoną do sal koncertowych. Jest również autorem wielu piosenek. Największym jego dziełem jest opera Porgy and Bess. Jest to historia opowiadająca o wydarzeniach w murzyńskim miasteczku nadmorskim. Trudna miłość Porgego do pięknej, ale słabej Bess kończy się smutno, choć z iskierką nadziei, bowiem Porgy wyrusza na poszukiwanie swojej Bess. Z tego dzieła pochodzi najsłynniejsza chyba kołysanka amerykańska „Summer time”, która śpiewana jest dwukrotnie w tej operze. Porgy and Bess przepojona jest muzyką spirituals oraz innymi gatunkami muzyki amerykańskiej. W tym utworze kompozytor po raz pierwszy połączył muzykę rozrywkową z muzyką klasyczną. Stało się tak również w innych jego utworach: Błękitna rapsodia (Rhapsody in Blue) skomponowana została w roku 1923. Ta kompozycja byłą napisana na zamówienie znanego muzyka jazzowego Paula Whitemana, który razem ze swoją orkiestrą wykonał ją po raz pierwszy w roku 1924. Jest to utwór o swobodnej formie (na co wskazuje tytuł) oparty na kontrastach nastroju i tempa. Do dziś jedna z najbardziej popularnych kompozycji muzyki klasycznej.
Posłuchajcie w niezwykłym wykonaniu:



W 1928 roku Geshwin udał się w podróż do Europy. Poznał m.in. Strawińskiego. Podróż ta zaowocowała Amerykaniem w Paryżu. Utwór niezwykle pogodny z jasno zarysowanymi tematami.

Kolejnym amerykańskim kompozytorem był Charles Ives (1874-1954). Niezwykły kompozytor, który był zupełnie niedoceniany za życia. Swoje utwory wydawał za własne pieniądze. Był jednak prekursorem bardzo wielu środków używanych przez kompozytorów XX wieku. Ives uważał, że wszelka aktywność człowieka, również artystyczna, musi służyć najwyższym ideałom, wspólnemu dobru. Jego utwory mają więc często wymiar filozoficzy np. Pytanie bez odpowiedzi ang. Unanswered question.

Reflex
Posty: 11293
Rejestracja: sob paź 17, 2009 9:37 pm
Lokalizacja: USA
Kontakt:

Re: Troche Ameryki

Post autor: Reflex »

Muzyka Amerykanska czesc 2

Niezwykłą postacią w historii muzyki amerykańskiej był John Cage (1912-1992), którego twórczość można uznać za ikonę muzycznej awangardy. To z jego nazwiskiem wiążą się w muzyce takie zjawiska jak:

aleatoryzm (wprowadzenie idei przypadkowości) np. Music of Changes (1951)
fortepian preparowany (wyposażenie strun fortepianu w różne nakrętki, gumki itp.)



muzyka elektroniczna np. Music Walk
happening (wydarzenie muzyczno-literacko-teatralne z elementami przypadkowości)

Przykładem “utworu”, który zainicjował dyskusję o granice muzyki była kompozycja Tacet 4’33’’ którego partytura nie zawiera ani jednego dźwięku, a muzyka (zgodnie z opinią Cage’a) tworzy się sama przez wyszystko co w trakcie tego czasu brzmi i szumi. W swoich kompozycjach Cage używa często radioodbiornika.

O wiele bardziej zachowawczy był Samuel Barber (1910-1981), którego muzyka jest stylistycznie bliska emocjonalnemu romantyzmowi. Rozsłąwione przez Toskaniemu Adagio na smyczki (pierwotnie jako część Kwartetu smyczkowego op.11) zostało też wykorzystane w filmie Pluton.



Zupełnie klasycznych środków używał natomiast w swojej twórczości Leonard Bernstein (1918-1990), który skomponował m.in. jeden z najsłynniejszych musicali West Side Story (1956).



Jednym z ważniejszych kompozytorów muzyki jest też Philip Glass (ur. 1937 r), którego twórczość często zalicza się do minimalizmu[2]. Oprócz symfonii i oper komponuje również muzykę do filmów np.Godziny z 2000 roku.

Drugim głównym minimalistą muzycznym jest Steve Reich (ur.1936), autor utworu zatytułowanego Drumming (1970-71)



Twórczość amerykańskich kompozytorów była różnorodna, ale cechowało ją silne przenikanie się różnych stylów nie tylko z kręgu muzyki klasycznej.
[1] Za twórcę klasteru uważa się Henrego Dixona Cowella (amer.1897-1965), który uzyskiwał je przez gr ę na klawiaturze dłonią, przedramieniem czy łokciami.
[2] Styl w którym nadrzędna jest prostota uzyskiwana przez repetycje schematów muzycznych.

/Fragmenty z historii dla uczniow szkol muzycznych/
Reflex
Posty: 11293
Rejestracja: sob paź 17, 2009 9:37 pm
Lokalizacja: USA
Kontakt:

Re: Troche Ameryki

Post autor: Reflex »

Amerykańska muzyka rządzi!

Obrazek

Bez Wielkiej Brytanii nie byłoby Beatlesów, Stonesów, Bowie’ego i ambientu. Bez Stanów Zjednoczonych nie byłoby całej muzyki rozrywkowej.

Oglądam wersję reżyserską najsłynniejszego dokumentu w dziejach rocka – „Woodstock. 3 dni pokoju i muzyki”, wydaną na 40-lecie pamiętnego festiwalu, słucham najnowszej płyty Buffy Saint-Marie „Running for the Drum”. I z wolna zdaję sobie sprawę, że pieczołowicie hołubiona przeze mnie muzyczna hierarchia estetyczna jest nic nie warta. Że głosząc przez lata wyższość muzyki brytyjskiej nad amerykańską, gadałem bzdury.

Prawda, Ameryka nie dała nam jeszcze giganta teatru na miarę Szekspira. Od brytyjskiego akcentu Hugh Granta zdają się mięknąć serca najtwardszych jankeskich piękności. Porównywać Brudnego Harry’ego Callahana czy Johna McClane’a do agenta 007 nawet nie wypada. Ja sam, wychowany na radiowej Trójce przełomu lat 60. i 70., która prawie nie grała piosenek zza oceanu, mocno wierzyłem, że muzyka rockowa to wielka zasługa Anglików, a wszystko, co naprawdę się w niej liczy, powstało na Wyspach.

Ale chociaż wciąż uważam The Beatles za najgenialniejszy zespół w dziejach, arcyangielskiego Briana Eno za olśniewającego nowatora, a Clash za najlepsze, co mogła dać punkowa rewolta – przyznaję ze skruchą: wszystko wydarzyło się najpierw w Ameryce. Tam jest prawda, tam jest słowo, tam jest niemal wszystko, co stworzyło dzisiejszą muzykę rozrywkową. Tam jest źródło.

Prawie pół miliona młodych ludzi, taplających się w błocie na farmie Maxa Yasgura w Bethel w połowie sierpnia 1969 roku, przyjechało tam po odpowiedź. Jak przyznaje w filmie jeden z widzów, sami nie wiedzą, kim są, czego chcą. Przyjeżdżają na festiwal Woodstock, bo może tu pozyskają tożsamość. Wiedzą tylko, czego nie chcą – Wietnamu, establishmentu, świata rodziców, pogoni za pieniądzem, mieszczańskiego porządku w szafie i w życiu. Są niedojrzali i gotowi na przesłanie.

W zalewie narkotyków, łatwych recept, wolnej miłości, domorosłych guru i paciorków trudno dostrzec prawdę. Większość tych młodych ludzi wychował kraj, który był już w pełni uszykowany do Wielkiego Skoku na świat. Jako broń miały służyć hamburgery, Disneyland, Hollywood, seriale, coca-cola i inne kolorowe, proste erzace. Skok oznaczał homogenizację świata w imię prostych upodobań potomków pionierów.

Odrzucamy dziś amerykańską propozycję kulturową, bo tak perfidnie i bezceremonialnie potrafi wpasować się w każdy krajobraz. Nieprzypadkowo David Bowie napisał utwór „I’m Afraid of Americans” (Boję się Amerykanów), gdy zobaczył pierwszy bar pod szyldem McDonald’s na Jawie. Z tego samego strachu przed amerykanizacją świata wzięła się słynna piosenkach Clash „I’m So Bored with the U.S.A.” (Tak mnie nudzą Stany). Symbolami Ameryki stały się produkty, pozwalające bezmyślnie przebimbać życie.

A jednak w Bethel biło źródło, rozlegała się prawda. Ta sama, która rozbrzmiewała w poprzednich dekadach, która miała rozlegać się jeszcze przez długie lata, którą słychać do dziś. Prawda ta leży w amerykańskiej muzyce, w jej jakże różnych prądach, które ukształtowały niemal całą dzisiejszą muzykę popularną.

W Ameryce muzyka rozbrzmiewała, zanim przybyli tam koloniści. Indianie mieli swoje tańce i pieśni, najczęściej przyjmujące postać transowych rytuałów. Z racji grupowego trybu życia muzyka ta była i jest wykonywana jako ekspresja pewnej zbiorowości. Poczucie wspólnoty jej członków między sobą, z naturą i z Wielkim Manitou czyni z bycia razem nadrzędną wartość. Plemienna funkcja muzyki jest ewidentna i na Woodstock, i na każdym koncercie. I choć Indian zostało niewielu, chociaż szamańskie praktyki ludzkość stosowała pod każdą szerokością, trudno nie dostrzec w całej kulturze hipisowskiej swoistego indiańskiego pierwiastka. Także u wielkich nieobecnych na festiwalu, czyli w muzyce The Doors.

Na zupełnie innym biegunie pojawiła się tradycyjna muzyka chrześcijańska, również o charakterze wspólnotowym, czyli gospel. Pieśni, będące pochwałą Najwyższego, wyrazem uniesienia religijnego i nadziei na spotkanie w Nowej Jeruzalem, wniosły do amerykańskiego uniwersum czynnik ekstazy, zjednoczenia z Absolutem. W bardzo może prymitywnej postaci widzę tę duchową przemianę na twarzach niejednego uczestnika Woodstock.

Czy można sobie wyobrazić Woodstock bez bluesa? Czy bez bluesa można sobie w ogóle wyobrazić świat dzisiejszej muzyki? Gdyby wyciąć blues z dziejów ludzkości, nie rozpoznalibyśmy dźwięków, do których przywykliśmy. Rzecz już nawet nie w konkretnych nazwiskach czy utworach – blues jest fundamentem. Blues dał formę i ból.

A bez jazzu? Ten jest wszak dzieckiem bluesa – ale to on z kolei przyniósł radość i wolność. Z ciekawości jazzmanów wzięła się improwizacja, z radości – gwałt na formie. Jazzmani byli pierwsi, którzy dostrzegli, że muzyka nie zamyka się w granicach stylistycznych. Ludowe, wywiedzione z różnych kultur rytmy, harmonie zapożyczone z europejskiej muzyki salonowej i bluesowa skala emocji – to jest jazzowe dziedzictwo. I ważny wniosek, o którym za chwilę.
Reflex
Posty: 11293
Rejestracja: sob paź 17, 2009 9:37 pm
Lokalizacja: USA
Kontakt:

Re: Troche Ameryki

Post autor: Reflex »

Amerykanska muzyka rzadzi - ciag dalszy:

Pozornie zupełnie inną rzeczywistość tworzył folk, tradycyjna muzyka białych imigrantów, narodzona z folkloru celtyckiego, anglosaskiego, francuskiego i skandynawskiego. W żadnym z tych krajów miejscowy folklor nie stał się matrycą kulturową, zadowalając się niszą dla wiejskich muzykantów. Dopiero w Ameryce wszystkie one splotły się w przedziwną hybrydę, która dzięki prostocie formalnej pozwalała unieść bogate treści. Narodziła się pieśń z tekstem.

Te wszystkie światy to barwy podstawowe mapy współczesnej muzyki rozrywkowej. Ale jak malarstwo nie ogranicza się do barw podstawowych, tak i muzyka stale generuje kolejne odmiany. Najważniejszą lekcją, która płynie z historii amerykańskiej muzyki, jest idea spotkania. Nie tylko ludzi przy dźwiękach i wyśpiewywanych słowach – ale spotkania różnych muzyk.

Genialnym bowiem aspektem źródeł muzyki amerykańskiej jest to, że nieustannie nawzajem się inspirują, krzyżują, tworząc coraz nowe style i gatunki. Są otwarte na wpływy z zewnątrz, nie tracąc własnego charakteru. Nigdy nie byłem szczególnym wielbicielem muzyki soul. Dzisiejszy soul nie pociąga mnie ani na jotę. A jednak nie wyobrażam sobie muzyki, którą kocham, bez soulu. Soul bowiem to świecka odrośl gospel, powstała ze skrzyżowania z rytmicznym bluesem. Dobitnym przykładem może być niezwykle ekstatyczna, niemal religijna, a przecież do cna przesycona erotyką piosenka Raya Charlesa „What’d I Say”. A także przejmujący, rebeliancki song „Respect” w wykonaniu Arethy Franklin. Podejrzewam, że gdyby Janis Joplin przeżyła, stałaby się wielką gwiazdą soul ponad kolorami skóry.

Również z muzyki gospel wywodzi się specyficzna amerykańska forma kwartetów wokalnych zwanych barbershop (fryzjerskie). Z czterogłosowych harmonii wzięła się czarna piosenka, znana dzięki zespołom Drifters czy Platters. One z kolei zafascynowały Briana Wilsona, twórcę genialnej grupy Beach Boys, której wpływ na światową muzykę rozrywkową jest nie do przecenienia (począwszy od beatlesowskiego hitu „Paperback Writer”).

Podobnych krzyżówek powstawało mnóstwo. Nie byłoby dzisiejszego hip-hopu, gdyby nie muzyka funky, gdyby nie rezygnacja z dominującej roli melodii na rzecz hipnotycznego rytmu. Tak grają James Brown i Sly
the Family Stone, Michael Jackson i Prince, Red Hot Chili Peppers i Faith No More. Blues Jimiego Hendrixa, który rozbrzmiewał na Woodstock, był bluesem funkowym, rozbujanym, nieokiełznanym. Innym od prostego bluesa, granego przez Canned Heat. Muzyka funky jest też jednym ze źródeł innego amerykańskiego wynalazku, jakim jest arcytaneczny styl techno.
Z mariażu bluesa z country powstał rock and roll, przodek dzisiejszego rocka. Ten z kolei w połączeniu z tradycją folkową – dzięki twórcom pokroju Boba Dylana i Bruce’a Springsteena – dał białej młodzieży amerykańskiej temat do śpiewania. Dzięki nim muzyka młodych stała się muzyką O CZYMŚ.

W amerykańskim dziedzictwie muzycznym nie ma chyba stylu, który nie mógłby interesująco połączyć się z innym. Funky jazz stworzył Miles Davis, folk rock – grupa the Byrds i Bob Dylan. Jazzujący folk? Joni Mitchell. Folkowy jazz? Keith Jarrett. Funkowy folk? Beck. Kapitalne efekty krzyżówkowe daje country. Doskonale współgra z rockiem (the Band, Shania Twain, Neil Young), z soulem (Ray Charles), z bluesem (J. J. Cale), z gospel (Johnny Cash), a nawet z jazzem. Może nie każdy czytelnik wie, że ta krzyżówka funkcjonuje w Ameryce już od lat 1920., a jedną z jej perełek jest album „Two Men with the Blues”, jaki dwa lata temu wydali Wynton Marsalis i Willie Nelson.

Wspomniana na wstępnie płyta „Running for the Drum”, pierwsza, jaką po kilkunastu latach milczenia nagrała kanadyjska Indianka Buffy Sainte-Marie, jest dowodem na to, że źródła są niewyczerpane. Saint-Marie zasłynęła w latach kontrkultury jako pieśniarka folkowa, autorka słynnego protest-songu „Universal Soldier”. Potem towarzyszyło jej zmienne szczęście. Dziś ta 67-letnia artystka zadziwia bardzo intrygującą mieszanką muzyki folk, rocka, gospel i pieśni indiańskich.

Nie chce przez tę lawinę przykładów dowodzić, że Wielka Brytania nie miała nic do zaoferowania. Prawdą jest jednak, że Beatlesi byli zapatrzeni w amerykański rock and roll i jego brytyjską hybrydę z angielską muzykę ludową (skiffle). Geniusz Rolling Stonesów i Led Zeppelin nigdy by nie zaistniał, gdyby nie amerykański rhythm and blues. Fascynacja rock and rollem, wczesną psychodelią i czarną pop music lat 1950. ukształtowały muzyczne gusty Davida Bowie’ego. U źródeł fenomenu grupy the Who stoi amerykańska poezja folkowa i, choć trudno w to uwierzyć, tradycyjny jazz. Z kolei stricte europejski, brytyjski wręcz wynalazek, jakim był rock symfoniczny, okazał się zjawiskiem tyleż sztucznym i wymyślonym, co mało otwartym i mało perspektywicznym.

Przyglądam się uczestnikom Woodstock Music rt Fair i myślę, że to ich wierze w naiwne prawdy o świecie i życiu zawdzięczamy wciąż odradzającą się potęgę amerykańskiej muzyki. W kraju o względnie krótkim okresie rozwoju cywilizacyjnego powrót do źródeł ma wymiar doświadczenia ledwie kilkupokoleniowego. Dlatego najbardziej pierwotne formy jazzu, bluesa, country, soulu, gospel czy folku wciąż mogą brzmieć zarazem tradycyjnie i nowocześnie, są zaprzeczeniem mdłego Disneylandu i hamburgera I choć nigdy nie wyprę się tego, czym urzekły mnie piosenki pod sztandarem Union Jacka, dziś składam wyrazy pokornej, wielkiej miłości do amerykańskiej ojczyzny muzyki.
/Artykul sponsorowany Newsweek.pl - Wiadomosci kulturalne/
miltonka
Posty: 120
Rejestracja: czw cze 16, 2011 6:46 am

Re: Troche Ameryki

Post autor: miltonka »

troche Ameryki ...

ODPOWIEDZ