Moja ulubiona ksiazka...
: śr lut 22, 2012 2:39 am
Kochani, pozwolcie ze zaprezentuje Wam moja ulubiona ksiazke z dawnych lat, a sa to "Zapiski oficera Armii Czerwonej" napisanej przez Sergiusza Piaseckiego. Ksiazka zostala wydana przez wydawnictwo "Planeta" w W-wie w roku 1990.
Jesli ktos z Was juz ja czytal to wie oczym pisze, a jesli nie i nie moze jej nigdzie znalezc, postaram sie w czesciach zaprezentowac ja Wam, bo warto poznac ta unikalna pozycje opisujaca lata 2wojny swiatowej, okiem radzieckiego oficera...
A wiec do dziela. Przed Wami "Zapiski oficera Armii Czerwonej".
"Towarzyszowi I.W.Stalinowi
22 wrzesnia, 1939 roku. Vilnius.
Noc byla czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak
polityka angielskiego ministra. Lecz nie ma sily na swiecie, ktora by po-
wstrzymala zolnierzy niezwyciezonej Armii Czerwonej, idacych dumnie i ra-
doscnie wyzwalac z burzuazyjnego jarzma swych braci: chlopow i robotni-
kow calego swiata.
Zaskoczylismy nieprzyjaciela calkowicie. Ja szedlem pierwszy z pistole-
tem w pogotowiu. Za mna bojcy. Na granicy nie spotkalismy nikogo.
Przyszlismy ku polskiej straznicy. Otoczylismy ja wzorowo i idziemy do
srodka. Droge zastapil nam jakis zezwierzecony zolnierz faszystowski.
Przystawilem mu pistolet do piersi a bojcy bagnety.
- Rece do gory, pacholku!
Rozbroilsmy go i szorujemy do srodka. Prawie wszyscy tam spali. Nikt
nie stawial oporu. Zabralismy bron ze stojakow i wylaczyli telefon. Spyta-
lem jednego z zolnierzy:
- Gdzie wasz dowodca?
- Tam - wskazal palcem.
Patrze ja: zupelnie chudy pan. Moze nawet z robotnikow wygrzebal sie,
swych braci sprzedajac. Tacy sa najgorsi. Pytam ja go:
- Ty tu dowodca?
- Ja - powiada. - O co chodzi?
Zlosc mnie porwala, ale nie mialem czasu porzadnie z nim rozprawic
sie. Tylko powiedzialem:
- Skonczylo sie twoje panowanie i koniec waszej panskiej Polsce! Na-
piliscie sie duzo ludzkiej krwi! Teraz trzeba bedzie i swoja wyrzygac!
Nalezaloby sie, wedlug sprawiedliwosci, jego i tych wszystkich otuma-
nionych pacholkow kapitalistycznychpowystrzelac, chociaz kul szkoda na
takie burzuazyjskie scierwo. Ale rozkaz mielismy jasny: "Jencow odsylac
na tyly". Wiec zostawilismy skorte i poszli dalej. Nasze orly z NKWD
tam z nimi rozprawia sie. A nam szkoda czasu. Mamy do wykonania wa-
zne bojowe zadanie.
Poszlismy dalej wprost droga. Kierunek na Molodeczno. Cicho... Ni-
gdzie ani swiatla, ani czlowieka. Zdziwilo to mnie nawet. Tyle czytalem
o przebieglosci polskich panow. A tymczasem mysmy ich przechytrzyli. Jak
snieg na glowe im spadlismy.
Ech, zeby moja Dunia zobaczyla: jak dumnie i smialo kroczylem na cze-
le calej Armii Czerwonej, jako obronca proletariatu i jego wybawiciel! Ale
pewnie spala i nie snilo sie jej nawet, ze ja, Miszka Zubow, stalem sie tam-
tej nocy bohaterem Zwiazku Radziedzkiego. Nie wiedziala tego, ze aby ona
mogla spokojnie, radosnie i w dobrobycie zyc i pracowac, ja szedlem
w krwawa paszcze burzuazyjnego zwierza. Lecz jestem z tego tylko dumny.
Rozumiem, ze przynioslem do Polski, dla moich uciemiezonych przez pa-
now braci i siostr, swiatlo nieznanej im wolnosci i nasza wielka, jedyna na
swiecie, prawdziwa, sowiecka kulture. Wlasnie o to chodzi: o kulture,
psiakrew! Niech sie przekonaja, ze bez panow i kapitalistow stana sie
wolnymi, szczesliwymi ludzmi i budowniczymi wspolnej, socjalistycznej
ojczyzny proletariatu. Niech odetchna wolnoscia! Niech zobacza nasze
osiagniecia! Niech zrozumieja, ze tylko Rosja, wielka MATKA ludow
uciemiezonych, moze wybawic ludzkosc od glodu, niewoli i wyzysku!
Tak.
Dopiero po siedmiu kilometrach od granicy spotkal nas zwierzecy opor
krwawych kapitalistow. Zapewne ktos ze straznicy polskiej zdolal uciec,
wykorzystujac ciemnosc, i powiadomil burzuazje, ze idzie niezwyciezona
armia proletariatu. Ktos krzyknal do nas cos w sobaczym polskim jezyku.
Nie zrozumialem: co, tylko odpowiedzialem glosno i groznie, az echo po-
szlo lasem:
- Poddaj sie faszysto, bo zniszczymy!
Przed nami zadudnilo tylko. Wiec my po krzakach, po rowach: jak
wojskowa taktyka nakazuje - oslony szukac. Potem podciagnelismy ma-
szynki i dawaj sypac po nich seriami. Tylko las jeczal. Ze dwie godziny
tak bilismy z kulomiotow. Nikt nie odezwal sie. Ale zawsze trzeba ostro-
znie. Wrog chytry: moze zaczail sie i czeka.
Tymczasem rozwidnilo sie. Patrzymy: na drodze przed nami naladowa-
ny sianem woz stoi, a przy nim zabity kon lezy. Wiecej nikogo...Wtedy
ruszylismy ostroznie naprzod, aby w zasadzke nie trafic. Ale wszystko
skonczylo sie szczesliwie. Widocznie wrog zrozumial z jaka potega ma do
czynienia i haniebnie uciekl.
Takim to sposobem ja, mlodszy lejtnantniezwyciezonej Armii Czerwo-
nej, wkroczylem na czele mego plutonu do burzuazyjnej Polski. A stalo
sie to noca 17 wrzesnia 1939 roku. Hura! hura! hura!
Zapiski te zaczynam w miescie Vilniusie. Pisze je na chwale naszej pote-
znej Armii Czerwonej i przede wszystkim jej WIELKIEGO wodza, towa-
rzysza Stalina. Jemu tez, naturalnie zadedykowalem je. Rozumiem dobrze,
ze pioro moje jest bezsilne, gdy chce opisac wielkosc naszego wodza i mo-
ja milosc do niego. Na to trzeba piora Puszkina lub Majakowskiego. Ja
zas moge tylko dokladnie zanotowac to, co widze i slysze w tych wielkich,
historycznych dniach, ktore wyzwolily kilka ucisnionych narodow z kapi-
talistycznej niewoli.
Gdy mysle o naszym wielkim WODZU i NAUCZYCIELU, to czuje, ze
do oczu mi naplywaja lzy. Kim bym ja byl bez niego? Carskim niewolni-
kiem, gnebionym i eksploatowanym nieludzko. - A teraz ja, ktorego ojciec
byl zwyklym robotnikiem, jestem oficerem. Mam zaszczyt nalezec do
komsomolu. Ukoinczylem dziesieciolatke. Umiem czytac i pisac prawie bez
omylek. Potrafie tez rozmawiac telefonicznie. Znam politgramote. Jem
codziennie prawdziwy chleb. Chodze w butach ze skory. Jestem czlowie-
kiem oswieconym i kulturalnym. Poza tym korzystam z najwiekszych
wolnosci, jakie moze miec czlowiek na ziemi. Wolno mi nawet nazywac
GO - naszego wodza - towarzyszem. Pomyslcie sobie tylko uczciwie: ja
mam prawo swobodnie i wszedzie nazywac GO towarzyszem! Towarzysz
Stalin!
TOWARZYSZ STALIN !... Otoz to jest moja najwieksza duma i rados-
cia!... Czy moze obywatel panstwa kapitalistycznego nazwac swego prezy-
denta lub krola - towarzyszem? Nigdy! Chyba tylko inny krwiozerczy
prezydent albo zezwierzecony krol. A ja... Czuje, ze lzy radosci i dumy
naplywaja mi do oczu... Musze przerwac pisanie i zapalic, bo nie wytrzy-
mam nadmiaru szczescia i serce mi peknie."
cdn.
Jesli ktos z Was juz ja czytal to wie oczym pisze, a jesli nie i nie moze jej nigdzie znalezc, postaram sie w czesciach zaprezentowac ja Wam, bo warto poznac ta unikalna pozycje opisujaca lata 2wojny swiatowej, okiem radzieckiego oficera...
A wiec do dziela. Przed Wami "Zapiski oficera Armii Czerwonej".
"Towarzyszowi I.W.Stalinowi
22 wrzesnia, 1939 roku. Vilnius.
Noc byla czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak
polityka angielskiego ministra. Lecz nie ma sily na swiecie, ktora by po-
wstrzymala zolnierzy niezwyciezonej Armii Czerwonej, idacych dumnie i ra-
doscnie wyzwalac z burzuazyjnego jarzma swych braci: chlopow i robotni-
kow calego swiata.
Zaskoczylismy nieprzyjaciela calkowicie. Ja szedlem pierwszy z pistole-
tem w pogotowiu. Za mna bojcy. Na granicy nie spotkalismy nikogo.
Przyszlismy ku polskiej straznicy. Otoczylismy ja wzorowo i idziemy do
srodka. Droge zastapil nam jakis zezwierzecony zolnierz faszystowski.
Przystawilem mu pistolet do piersi a bojcy bagnety.
- Rece do gory, pacholku!
Rozbroilsmy go i szorujemy do srodka. Prawie wszyscy tam spali. Nikt
nie stawial oporu. Zabralismy bron ze stojakow i wylaczyli telefon. Spyta-
lem jednego z zolnierzy:
- Gdzie wasz dowodca?
- Tam - wskazal palcem.
Patrze ja: zupelnie chudy pan. Moze nawet z robotnikow wygrzebal sie,
swych braci sprzedajac. Tacy sa najgorsi. Pytam ja go:
- Ty tu dowodca?
- Ja - powiada. - O co chodzi?
Zlosc mnie porwala, ale nie mialem czasu porzadnie z nim rozprawic
sie. Tylko powiedzialem:
- Skonczylo sie twoje panowanie i koniec waszej panskiej Polsce! Na-
piliscie sie duzo ludzkiej krwi! Teraz trzeba bedzie i swoja wyrzygac!
Nalezaloby sie, wedlug sprawiedliwosci, jego i tych wszystkich otuma-
nionych pacholkow kapitalistycznychpowystrzelac, chociaz kul szkoda na
takie burzuazyjskie scierwo. Ale rozkaz mielismy jasny: "Jencow odsylac
na tyly". Wiec zostawilismy skorte i poszli dalej. Nasze orly z NKWD
tam z nimi rozprawia sie. A nam szkoda czasu. Mamy do wykonania wa-
zne bojowe zadanie.
Poszlismy dalej wprost droga. Kierunek na Molodeczno. Cicho... Ni-
gdzie ani swiatla, ani czlowieka. Zdziwilo to mnie nawet. Tyle czytalem
o przebieglosci polskich panow. A tymczasem mysmy ich przechytrzyli. Jak
snieg na glowe im spadlismy.
Ech, zeby moja Dunia zobaczyla: jak dumnie i smialo kroczylem na cze-
le calej Armii Czerwonej, jako obronca proletariatu i jego wybawiciel! Ale
pewnie spala i nie snilo sie jej nawet, ze ja, Miszka Zubow, stalem sie tam-
tej nocy bohaterem Zwiazku Radziedzkiego. Nie wiedziala tego, ze aby ona
mogla spokojnie, radosnie i w dobrobycie zyc i pracowac, ja szedlem
w krwawa paszcze burzuazyjnego zwierza. Lecz jestem z tego tylko dumny.
Rozumiem, ze przynioslem do Polski, dla moich uciemiezonych przez pa-
now braci i siostr, swiatlo nieznanej im wolnosci i nasza wielka, jedyna na
swiecie, prawdziwa, sowiecka kulture. Wlasnie o to chodzi: o kulture,
psiakrew! Niech sie przekonaja, ze bez panow i kapitalistow stana sie
wolnymi, szczesliwymi ludzmi i budowniczymi wspolnej, socjalistycznej
ojczyzny proletariatu. Niech odetchna wolnoscia! Niech zobacza nasze
osiagniecia! Niech zrozumieja, ze tylko Rosja, wielka MATKA ludow
uciemiezonych, moze wybawic ludzkosc od glodu, niewoli i wyzysku!
Tak.
Dopiero po siedmiu kilometrach od granicy spotkal nas zwierzecy opor
krwawych kapitalistow. Zapewne ktos ze straznicy polskiej zdolal uciec,
wykorzystujac ciemnosc, i powiadomil burzuazje, ze idzie niezwyciezona
armia proletariatu. Ktos krzyknal do nas cos w sobaczym polskim jezyku.
Nie zrozumialem: co, tylko odpowiedzialem glosno i groznie, az echo po-
szlo lasem:
- Poddaj sie faszysto, bo zniszczymy!
Przed nami zadudnilo tylko. Wiec my po krzakach, po rowach: jak
wojskowa taktyka nakazuje - oslony szukac. Potem podciagnelismy ma-
szynki i dawaj sypac po nich seriami. Tylko las jeczal. Ze dwie godziny
tak bilismy z kulomiotow. Nikt nie odezwal sie. Ale zawsze trzeba ostro-
znie. Wrog chytry: moze zaczail sie i czeka.
Tymczasem rozwidnilo sie. Patrzymy: na drodze przed nami naladowa-
ny sianem woz stoi, a przy nim zabity kon lezy. Wiecej nikogo...Wtedy
ruszylismy ostroznie naprzod, aby w zasadzke nie trafic. Ale wszystko
skonczylo sie szczesliwie. Widocznie wrog zrozumial z jaka potega ma do
czynienia i haniebnie uciekl.
Takim to sposobem ja, mlodszy lejtnantniezwyciezonej Armii Czerwo-
nej, wkroczylem na czele mego plutonu do burzuazyjnej Polski. A stalo
sie to noca 17 wrzesnia 1939 roku. Hura! hura! hura!
Zapiski te zaczynam w miescie Vilniusie. Pisze je na chwale naszej pote-
znej Armii Czerwonej i przede wszystkim jej WIELKIEGO wodza, towa-
rzysza Stalina. Jemu tez, naturalnie zadedykowalem je. Rozumiem dobrze,
ze pioro moje jest bezsilne, gdy chce opisac wielkosc naszego wodza i mo-
ja milosc do niego. Na to trzeba piora Puszkina lub Majakowskiego. Ja
zas moge tylko dokladnie zanotowac to, co widze i slysze w tych wielkich,
historycznych dniach, ktore wyzwolily kilka ucisnionych narodow z kapi-
talistycznej niewoli.
Gdy mysle o naszym wielkim WODZU i NAUCZYCIELU, to czuje, ze
do oczu mi naplywaja lzy. Kim bym ja byl bez niego? Carskim niewolni-
kiem, gnebionym i eksploatowanym nieludzko. - A teraz ja, ktorego ojciec
byl zwyklym robotnikiem, jestem oficerem. Mam zaszczyt nalezec do
komsomolu. Ukoinczylem dziesieciolatke. Umiem czytac i pisac prawie bez
omylek. Potrafie tez rozmawiac telefonicznie. Znam politgramote. Jem
codziennie prawdziwy chleb. Chodze w butach ze skory. Jestem czlowie-
kiem oswieconym i kulturalnym. Poza tym korzystam z najwiekszych
wolnosci, jakie moze miec czlowiek na ziemi. Wolno mi nawet nazywac
GO - naszego wodza - towarzyszem. Pomyslcie sobie tylko uczciwie: ja
mam prawo swobodnie i wszedzie nazywac GO towarzyszem! Towarzysz
Stalin!
TOWARZYSZ STALIN !... Otoz to jest moja najwieksza duma i rados-
cia!... Czy moze obywatel panstwa kapitalistycznego nazwac swego prezy-
denta lub krola - towarzyszem? Nigdy! Chyba tylko inny krwiozerczy
prezydent albo zezwierzecony krol. A ja... Czuje, ze lzy radosci i dumy
naplywaja mi do oczu... Musze przerwac pisanie i zapalic, bo nie wytrzy-
mam nadmiaru szczescia i serce mi peknie."
cdn.