Ku przypomnieniu
Re: Ku przypomnieniu
MY pamietamy.
A jak tam wasza pamięć towarzyszu TKJ?
Pamiętacie na przyklad o tym?
A jak tam wasza pamięć towarzyszu TKJ?
Pamiętacie na przyklad o tym?
Jeszcze bohaterska Warszawa broniła się, a już 13 września 1939 r., biskup śląski, Stanisław Adamski, wydaje do swoich parafian odezwę w języku niemieckim: "Mili chrześcijanie! Współpracujcie uczciwie z władzami niemieckimi. Dopilnujcie jak dobrzy chrześcijanie i obywatele wszystkich ustaw i rozporządzeń niemieckich władz wojskowych i cywilnych. Zajmijcie się spokojnie waszą pracą domową. Ufajcie bezwzględnie organom mianowanym w waszej gminie przez władze niemieckie." Aby Niemcy docenili jego gorliwość, Adamski znosi liturgię, kazania oraz śpiewy w języku polskim, i nawołuje do podpisywania volkslisty.
Podobną postawę przyjął biskup ordynariusz kielecki, Czesław Kaczmarek. "Wzywam was, -- nawoływał wiernych -- abyście okazali się posłuszni względem władz administracyjnych we wszystkim, co się nie sprzeciwia sumieniu katolickiemu." W liście z maja 1940 r. ostrzegał:
"W społeczeństwie musi być ład i porządek. Nie wolno nam nakłaniać ucha na podszepty podejrzanych ludzi, gdyby usiłowali wciągnąć społeczeństwo nasze, zwłaszcza młodzież, do nieobliczalnej konspiracyjnej akcji." Niedługo po ogłoszeniu tych "patriotycznych" listów, biskupi Kaczmarek, Lorek i Kubina, złożyli wizytę na Wawelu, Hansowi Frankowi. Za swoje "zasługi" dla hitlerowców, Kaczmarek był sądzony po wojnie i skazany na kilkuletnią karę więzienia. W roku 1953 zeznał przed Sądem wojskowym: "..moje listy pasterskie, te z końca 1939 r., i następne (..) wzywały do pracy fizycznej, do uległości względem zarządzeń władz okupacyjnych. Wskazania te niewątpliwie pomagały Niemcom." Z jego dalszych wyjaśnień wynika, że postępował zgodnie z zaleceniami Stolicy Apostolskiej.
Sandomierski biskup, Jan Lorek nie tylko nawoływał do posłuszeństwa wobec okupanta, ale apelował do wiernych, aby zgłaszali się na roboty do Rzeszy.
Siedlecki hierarcha, bp Sokołowski zawieszał w czynnościach kapłańskich tych księży, którzy w jego ocenie mało z siebie dawali w służbie okupantowi.
Ksiądz Kruszyński, administrator diecezji lubelskiej, ogłosił w "Nowym Głosie Lubelskim" (28 lutego 1943) tekst, wzywając do walki ze Związkiem Radzieckim. Dla niego motywacją było "stanowisko Stolicy Apostolskiej" oraz encyklika Piusa XI "O walce przeciwko komunizmowi".
Jak instrumentalnie traktował papież Pius XII posłannictwo Kościoła świadczy o tym wypowiedź Hitlera do najbliższych współpracowników z października 1940r.: "Polakom nie będzie wolno podnieść się na wyższy poziom, ponieważ staliby się natychmiast komunistami. Dlatego jest rzeczą zupełnie właściwą, ażeby Polska zachowała swój katolicyzm. Księża powinni trzymać Polaków w głupocie i ciemnocie, co zupełnie odpowiada naszym interesom". Przyszłość pokazała, że Hitler nie mylił się..
30 września 1939 Pius XII przyjął na audiencji przedstawicieli polonii włoskiej, proszących chociaż o moralne wsparcie Polski. Papież odpowiedział im w języku niemieckim: "Nie mówię wam, żebyście osuszyli łzy. Polska nie chce umierać. I tak jak kwiaty waszej ziemi, które oczekują pod grubą warstwą śniegu delikatnego powiewu wiosennego, tak samo wy powinniście czekać godziny niebieskiego pocieszenia." Aż tyle miał do powiedzenia polskiej delegacji Pius XII.
Tuż przed marszem na Wschód, generał jezuitów, Ledóchowski Włodzimierz, hrabia (1866-1942) [_5_] prowadził rozmowy o współpracy zakonu jezuitów z hitlerowskim wywiadem, które służyły przygotowaniom do wojny przeciwko ZSRR. O tym "czarnym papieżu" pisał wysoki oficer gestapo, Wilhelm Hoettl (Walter Hagen): "Już w roku 1940 grupa uczestników niemieckiego wywiadu podjęła pierwszą próbę, mającą na celu skłonienie Watykanu do pośrednictwa pomiędzy Niemcami a mocarstwami zachodnimi.. Pełnym zrozumienia rzecznikiem tych planów był generał zakonu jezuitów, hrabia Włodzimierz Halka von Ledóchowski."
Prymas Polski, kardynał August Hlond (1881-1948) był jednym z pierwszych, którzy uciekli z kraju po napaści Hitlera [_6_]. 14 września 1939 przekroczył granicę polsko-rumuńską, a następnie po trzech dniach wyjechał do Rzymu. Jego dezercję usprawiedliwia się rzekomym zamiarem przedstawienia Piusowi XII tragedii ludności polskiej. Papież nie był jednak zadowolony z wyjazdu Hlonda. Ppłk Marian Romejko, polski attache wojskowy przy Kwirynale, nie kryjąc zdziwienia zachowaniem Hlonda, pisał w swoich wspomnieniach:.
"Zazwyczaj, w najgorszych nawet sytuacjach wojennych, duszpasterze i lekarze pozostawali przy chorych na duchu i ciele..." W czerwcu 1940 r. przybył do Lourdes. W lutym roku 1944 aresztowany przez gestapo został wywieziony do Paryża. Hitlerowcy proponowali mu współpracę, którą rzekomo odrzucił. Ale w Paryżu zachowanie Hlonda było odbierane
dwuznacznie. Prasa francuska ujawniła fakty świadczące o jego kontaktach z gestapo. [_7_] Miał otrzymywać spore subwencje za pośrednictwem księdza Filipiaka, wypłacane przez gruppenführera SS, Fischera. Jego przywiązanie do Watykanu oraz Niemców są niekwestionowane. Dowodem tego może być pewien epizod. Otóż jesienią roku 1927 Hlond
przyjechał do Rzymu po kardynalski kapelusz, który miał otrzymać za wierną służbę Watykanowi, kosztem interesów Polski. W czasie śniadania, które na jego cześć wydał prałat Janasik, rektor polskiego Kościoła w Rzymie, prymas Hlond opowiadał wesołe historyjki ze swojej przeszłości. W pewnym momencie jego kapelan, ksiądz Modzelewski spytał: "Eminencjo, kiedy to było: czy jak Eminencja był Niemcem, czy już Polakiem?" Prymas nie speszony pytaniem, odpowiedział z uśmiechem: "Już wtedy byłem Polakiem." Adwokat Roty Rzymskiej Józef Szelchauz wspominał: "Jeżeli chodzi o teren Rzymu, to Włosi uważali Hlonda za Włocha, Niemcy i Austriacy uważali go za Niemca, a w Polsce niektórzy uważali go za Polaka. De facto był on czystej krwi watykańczykiem i służył tylko Watykanowi."
Już po napaści na Polskę, wyższa hierarchia Kościoła katolickiego stała się obiektem ataków i krytyki ze strony m.in. polonii amerykańskiej. Hlond w jednym z pism "okolicznościowych" z 21 listopada 1939r., odpierał "oskarżenia ukute za oceanem", jakoby Kościół katolicki zawinił wrześniową tragedię ojczyzny. Kard. Augustowi Hlondowi rzucano w twarz oskarżenia o hołdowanie hitleryzmowi oraz kolaborację z okupantem. Ale bodaj najpoważniejszym, był zarzut, że hojne dary chicagowskich Polaków w postaci złota,
pieniędzy i kosztowności złożone na ręce Kościoła tuż przed wybuchem wojny, zostały "przeszachrowane" do Niemiec. Hlond zapewniał, że wszystkie dary osobiście przekazał do warszawskiej centrali Funduszu Obrony Narodowej..
Poparcie Piusa XII dla hitlerowskiej napaści na Polskę znalazło swój wyraz w encyklice z 20 października 1939 r. Papież uznał, ją za "walkę interesów o sprawiedliwy podział bogactw, którymi Bóg obdarzył ludzkość."
Kiedy Watykan konstruował plany zawarcia pokoju między Niemcami i Anglikami, pełnomocnik Piusa XII, jezuita o. Leiber przygotował dokument, w którym zawarto warunki porozumienia. Punkt piąty przewidywał: "Nie wchodzi również w rachubę zmiana granic zachodnich Niemiec, natomiast granica niemiecko-polska musi w zasadzie odpowiadać niemieckiej granicy wschodniej z roku 1914.." Zgodnie z punktem widzenia Watykanu, mającego na uwadze interes III Rzeszy, należało wrócić do granic, w których Poznań i Toruń należą do Niemiec.
Re: Ku przypomnieniu
Nie potrafie odgadnąć dlaczego autor powyższego postu, człowiek z naukowym tytułem magistra historii skopiował z ONET dowód na bezgraniczne umysłowe kretyństwo autora skopiowanego tekstu.
Szczególnie interesuje mnie jego(pana magistra historii) stosunek do opisywanych wydarzeń gdyby wiekszość ( bo część zmyślona) przedstawionych faktów miała miejsce.
Mam nadzieję że jako człowiek rozumny i wykształcony(magister historii) nie pochwaliłby wszystkich wymienionych księży gdyby napisali list pasterski do wiernych odczytany z ambon wszystkich parafii i nawołujący do stawiania czynnego oporu najeźdcy aż do ostatniej kropli krwi.
W temacie wyjazdu na "roboty do Rzeszy" doradzam zapoznanie się z życiorysem Leopolda Tyrmanda i jego kilkoma ksiażkami.
Szczególnie interesuje mnie jego(pana magistra historii) stosunek do opisywanych wydarzeń gdyby wiekszość ( bo część zmyślona) przedstawionych faktów miała miejsce.
Mam nadzieję że jako człowiek rozumny i wykształcony(magister historii) nie pochwaliłby wszystkich wymienionych księży gdyby napisali list pasterski do wiernych odczytany z ambon wszystkich parafii i nawołujący do stawiania czynnego oporu najeźdcy aż do ostatniej kropli krwi.
W temacie wyjazdu na "roboty do Rzeszy" doradzam zapoznanie się z życiorysem Leopolda Tyrmanda i jego kilkoma ksiażkami.
Re: Ku przypomnieniu
Krwawe zawody w "chorwackim Auschwitz"
Od 1943 r. do regularnych rzezi dochodziło na rzecznej przystani w Graniku, którą przekształcono w miejsce straceń. Strażnicy krępowali więźniów drutem kolczastym (czasem po dwóch), rozpruwali im brzuchy bagnetami, a potem jeszcze żyjących wrzucali do rzeki.
Serbski więzień Borislav Ševa trafił do obozu, bo wraz z przyjacielem złapano go na rozprowadzaniu ulotek przeciw ustaszowskim władzom. Po wojnie zeznawał, że w Jasenovacu widział pięciu czy sześciu pijanych ustaszów dosłownie smażących człowieka na wielkim rożnie. Przyjaciela Ševy, na jego oczach, już pierwszego dnia strażnicy wrzucili żywcem do pieca służącego do wypalania cegieł. Sam Ševa przeżył obóz, bo był fryzjerem.
To nie były incydenty. W cegielnianych piecach Jasenovaca, przebudowanych w 1942 r. na krematoria, ustasze nierzadko palili ludzi żywcem. Wieszano więźniów na strunach fortepianowych, odcinano im głowy ręczną piłą do drzewa…
Ten poziom okrucieństwa może się wydawać nieprawdopodobny, nawet w zestawieniu z niemieckimi zbrodniami na Żydach – ale ustasze sami się nim chwalili. Z bestialskich egzekucji Serbów w Jasenovacu ocalało, jak na ironię, więcej fotografii niż z zagłady Żydów w niemieckich obozach.
Okrutniejsi niż naziści
Choć z nazwy państwo Pavelicia było "niezależne", wszystkie swoje zbrodnie na Serbach ustasze popełniali pod okiem niemieckich albo włoskich sił okupacyjnych. Nierzadko los serbskiej ludności budził przerażenie nawet u Niemców – a przecież ci właśnie przystępowali do własnej krwawej rozprawy z Żydami, i to na znacznie większą skalę.
Zdarzało się, że Niemcy wysyłali w teren jednostki, których sama obecność miała nieco przyhamować mordercze zapędy Chorwatów. Czasem te oddziały mogły tylko przejechać przez osady, w których śmierć już zdążyła zebrać swoje żniwo. Jeden z hitlerowskich oficerów odnotował, że widział "spustoszone wsie, a w domach: zmasakrowane całe rodziny, beczki pełne krwi i dzieci wbite na pale".
Niemieccy albo włoscy dowódcy polowi niekiedy po prostu rozbrajali ustaszów, odbierając im kontrolę nad jakimś rejonem – po to, by ich powstrzymać od kolejnych mordów na serbskich cywilach. Oczywiście nie należy podejrzewać np. hitlerowców o nadmiar humanitarnej troski. W pewnej mierze obawiali się, że sterroryzowana miejscowa ludność skłoni się ku partyzantom.
Tak czy inaczej – świadectwa niemieckich i włoskich oficerów wskazują, że byli przerażeni. Tym, co działo się w Jasenovacu, również. Jeden z nich odnotował: "Chorwaci mają skłonność do przechwalania się, ale trzeba im przyznać: Jasenovac można porównać tylko z piekłem Dantego".
"Franciszkańska miłość bliźniego"
Krwawe dzieło ustaszów było tym wstrząsające, że miał w nim znaczny udział katolicki kler. Włoski obserwator w NDH już w 1941 r. odnotowywał: "trudno wyobrazić sobie karną wyprawę ustaszów bez księdza".
Spory zastęp katolickich duchownych zaangażował się w kampanię przeciw Żydom i Serbom. Jeden z nich pisał: "księża powinni odłożyć modlitewniki, a chwycić za rewolwery". Inny w diecezjalnej gazecie twierdził, że "oswobadzanie świata od Żydów to jednocześnie przywracanie ludziom godności". To nie były tylko słowa.
Zwycięzca "krwawych zawodów" w Jasenovacu, wspomniany na wstępie Petar Brzica, był przykładem w pewnym sensie charakterystycznym. Kiedy wojna przetoczyła się przez Bałkany, miał 24 lata. Uczył się we franciszkańskiej szkole, potem zaś przystąpił do ustaszowskiej młodzieżówki i skrajnie katolickiego Bractwa Krzyżowców. Tacy jak on mieli nienawiść do prawosławnych Serbów we krwi.
W kontekście zaangażowania wielu chorwackich duchownych w ludobójstwo na Serbach, relacje między reżimem Pavelicia a Watykanem muszą się wydawać dwuznaczne. Trzeba pamiętać, że przed wojną jugosłowiański kościół tracił wiernych na rzecz serbskiego prawosławia – z punktu widzenia papieża Piusa XII, u którego Pavelić w 1941 r. miał prywatną audiencję, NDH wydawało się więc ostoją katolicyzmu.
Z pewnością jednak na chorwackie zbrodnie przymykano oczy. A już po wojnie Pavelić trafił pod parasol ochronny Watykanu, tak jak zresztą wielu nazistowskich zbrodniarzy wojennych. O ile w okupowanej Polsce – jak zauważył jeden z autorów – katolicki kler był ofiarą represji, o tyle w Chorwacji bywał głównym prześladowcą.
Kapłan-diabeł w ludzkiej skórze
Tu warto przyjrzeć się postaci jeszcze jednego franciszkanina, Miroslava Filipovicia, osławionego komendanta obozu w Jasenovacu. Zakonnik najpierw był kapelanem ustaszów. "Zasłużył się" w antyserbskich czystkach w Banja Luce, w których zginęło ponad 2 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci.
Jeden z ocalałych świadków tych masakr, nauczyciel, widział jak Filipović wkroczył do szkolnej sali w otoczeniu kilku ustaszów. Na oczach dzieci poderżnął gardło jednej z uczennic i dał rozkaz, by z innymi dziećmi postępowano podobnie.
Filipović niby został zawieszony w obowiązkach kapelana przez papieskiego legata w Zagrzebiu. Ale szefowie bezpieki ustaszów zadbali, by włos mu z głowy nie spadł. Skierowali go do obozu w Jasenovacu, dla pozoru jako więźnia i pod nowym nazwiskiem: Majstorović. A on wkrótce został szefem strażników, zastępcą komendanta i wreszcie komendantem.
Po wojnie przyznał, że na jego rozkazy zabito 20-30 tys. więźniów. Ustawiano ich nad wykopanymi grobami, a potem zabijano jednego po drugim uderzeniami młota. Czasem chowano żywcem. Filipović-Majstorović zmuszał więźniów, by zabijali siebie nawzajem. Kilkudziesięciu bośniackich Żydów osobiście zamordował w Boże Narodzenie. Rozstrzeliwał, wieszał, mógł zatłuc siekierą albo kilofem.
Więźniowie często widzieli, jak wraca do obozu dosłownie zlany krwią, z reguły w swoim odzieniu zakonnika. Nadali mu przydomek: "Braciszek Szatan" (Fra Sotona). W tych samych franciszkańskich szatach został powieszony po wojnie.
http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/histori ... omosc.html