Do piersi Twojej.
Dwór Narodowe stroje.
Dwór - Narodowe stroje
Narodowy, staropolski w pełni swej urody,
Nosił w czasie też wpływy orientalnej mody.
Były one tureckie, były i węgierskie,
Na północnym zaś wschodzie też mocno moskiewskie.
W szesnastym wieku szlachcic, na bieliznę
-koszulę odziewał,
I majtki płócienne, na nie obcisłe spodnie
w kostkach obwiązywał.
Na nogi żółte, czerwone, trzewiki, rozcięte na bokach,
Aby kostki nie tarły obwiązane w trokach.
Na spodnie przychodzi żupan ,z rękawami,
Dla wygody zgięcia, w łokciu, z rozcięciami.
Świąteczny żupan bywał z brokatu weneckiego,
Floryzowany, na równi drogiego również burgundzkiego.
Także z tkanin jedwabnych, na co dzień zaś z płótna,
Wyglądał po trochu jak suknia pokutna,
Guzikiem drobnym spięty, od pasa do góry,
Przy szyi niski, stojący kołnierz, do prostej postury,
Guzem zdobnym zapięty. Żupan wąski pas ściska,
Kunsztowny z metalu, przytroczona doń szabla
ozdobami błyska.
Latem wierzchnie okrycie, na zimę zaś szubę,
Z czasem zwana bekieszą, często futrem grube.
Kontusz krótki miewał rękawy przecięte.
Składane za pas lub w tył są zwiśnięte.
Układał się na ramionach, jak gdyby niechcący,
Duży kołnierz na plecy, nisko spadający.
Szlachcic miał długie wąsy, a na głowie szczycie,
Z pękiem włosów, na nim kołpak lub czapa,
bywała przykryciem.
Kształtem były rozmaite z odwiniętym brzegiem,
Z boku rozcięte, płaskie, spiczaste, futrzane,
z futrzanym obrzeżem.
Czaplim piórem zdobione, pękiem w górę strzelał,
Kosztowna zaś agrafą całość jej ubierał.
Zdobiono strój w klejnoty, pierścienie, naramienniki,
Zauszniece różne, również naszyjniki.
Strój polski
Czas królów elekcyjnych choć niósł style nowe,
Przewodziły nad wszystko stroje narodowe.
Na ciało ubierana jest koszula lniana,
Pod szyją z zasady zawsze zawiązana.
Na nogi pończochy, gacie, na to wszystko spodnie,
Z węgierska szarawary. By było wygodnie,
I nie było widać, wpuszczano je je w buty,
Z safianową cholewą, przez mistrzów był kuty.
Zdobione kolorami i haftami. Na ten żupan,
Kontusz. Co możniejszy zaś pan,
Delię rzuca na żupan, jest futrem podbita,
Im możniejszy tym droższe, każdy koszt odczyta.
Pas z żelaznych ogniwek, a złoty też z czasem,
Był też górą pieniędzy, a nie tylko pasem.
Został później wyparty przez pas orientalny,
Z materii drogich, jedwabnych, czas nieubłagalny,
Zmienia gusty Rodaków, na pasy krajowe,
Zwane słuckie, te były czysto narodowe.
Ten stroju element był bardzo kosztowny,
Ale dla okazania niezwykle wymowny.
Pas ten zwany suty, cztery długości,
Do trzydziestu pięciu miał zaś szerokości.
Obwijano kilkakroć, w w przodzie przewijano,
Ozdobny węzeł powstał, tam też go wiązano.
Wisiały więc końce jak bogate pasy,
W środku węzeł ozdobny, z boku dwa kutasy.
Ubiór ten noszony przez szlacheckie stany.
Również zamożnych mieszczan, tym rozróżniał
pany,
Iż drogi materiał był w nich gatunkowo,
Oraz kosztownościami był on przyozdobion.
Mieszczuch karabeli nie powinien nosić,
Ale o pozwolenie nie myślał się prosić,
Nie przestrzegano zasad, pas zaś na żupanie,
Pod kontuszem. Tu jego zadanie,
Określało noszących statusy społeczne,
I takie czy inne pochodzenie wieczne.
Strój noszony przez mężczyznę, znaczy
o godności,
A ponadto o jego często zamożności.
Błyskały nici złote, na tle ornamentu,
Barwnym tkane jedwabiem, jak czystość
brylantem.
Piękne zdobione wzory, poziom wykonania,
Cieszy się do dzisiaj we słowach uznania.
Ubiór niewiast.
Strój kobiecy w tamtym czasie modny,
Wykształcił się według wzorów wschodnich,
Szesnasty wiek dał początek. Ma też podatności,
Wzory przyjęć z Zachodu, nasze możnośći.
Ówczesna kobieta w czepcu na głowie,
Lub kołpak obszyty futrem, to zwyczaje nowe.
Dziewczęta wianki noszą albo toczenice.
Szyję kryją rańtuchem, te w ornamentyce.
Jest to chusta biała, spada na ramiona,
Haftowana barwnie jedwabiem i nicią złocona.
Kwefy, kryzy, koronki i giełza, kryły gors z stanikiem,
Spódnica fałdowana, długa, była pośrednikiem,
Między futrem lub płaszczem. Wiązano ją paskiem,
Perły głównie ceniono, że barwne i z blaskiem,
Naszywano je z przodu, czepca, na tzw. bramce,
Były główną ozdobą na tej polskiej czapce.
Wiek siedemnasty wnosi wielkie zmiany,
Włosy i gors zakryty, jest już odkrywany,
Włożono salony bez rękawów, francuskie rogówki.
Stanik rozcinany, suknia ala moda, tworzy dwie połówki.
Suknię tę obszywano też pasamanami,
Na ogół obszywano jednak jedwabiami.
Dwór królewski te mody niezłomnie wprowadzał,
Trzeba przyznać, że wielu sarmatom przeszkadzał.
Zdobiono polskim futrem, chociaż obrzeżenia,
Sobie w choć nie mieć, nic do zarzucenia.
Uległ wielu przemianom, bywał różnorodny,
Wszedł kontusik wzór męski, zaczął też być modny.
Moda dworska
Wpływ na modę wywierał zawsze dwór królewski,
Lansując zagraniczną. Batory wprowadza element węgierski.
Wazom, miła sercu była moda szwedzka,
Również chętnie noszono się często z niemiecka.
Bardzo razi to szlachtę, częściowo się godzi,
Ale pomysł upolszczeń też się często rodzi.
I tak wiek szesnasty do osiemnastego,
Jeśli coś wprowadzą do Polski modnego,
Świadomie podkreśla się polskości stroju,
Za Sasów kontusz jest mundurem, tradycji honoru.
Sarmackiego obozu. Też w niewieścich strojach,
Są próby nawiązania w tradycyjnych krojach.
Tak, jupki bez rękawów, futrem podbijane,
Zwanych kozakinek i kołpaczków, aksamitem słane.
Z sobolową opuszką.
Za króla Stanisława ożyją tradycje,
Mody obce zesłano z Kraju na banicję.
Czas Sejmu Czteroletniego, młódż patriotyczna,
Której jak i nazwisko w przekazie dziedziczna,
Rzuca obce ubiory, w swoich paraduje,
I tradycje swych przodków gdzie się da- szlifuje.
Nawet wielcy hetmani, książęta, posłowie,
Do tradycji wracają, stawając na głowie.
Strojem polskim obnoszą, jakby im płacono,
Chociaż w wielu przypadkach stroje te zdradzono.
Wymagają od siebie i podległych ludzi,
Chcą by patriotyzm w ich sercach się budził,
Uległ by zapomnieniu, tak zaborcy chcieli,
Czas Sejmu spowodował, że w czas się odcieli,
Od zakazów, nakazów, a Duch z Nieba zstąpił,
Kto kiedyś powątpiewał,dzisiaj już nie wątpił.
Cechą stroju polskiego jest długość przesadna,
Orientalny przepych, nad wszystkie paradna.
Zastanawiał wielu gdy w Polsce bywali,
Jednych dziwi, a jednak większość chwali.
Pisali: choć dziwaczny, po dziadach dziedziczny.
Jest bardzo malowniczy i majestatyczny.
Orientalność ubiorów, różnorodność ma podłoże w związku,
Odbytymi wojnami, te mody zawdzięczamy wojsku,
Które większość swych wojen prowadzi na wschodzie.
Wschodniej zatem kulturze ulega i modzie.
W wieku zaś osiemnastym niemców otoczenie,
Związki z zagranicą, wpływa znów odmiennie,
Wprowadzając do Kraju, niemiecką, francuską,
Chociaż dalej na wschodzie nie wypiera ruską.
Przez wieki mody polskiej zmienia się uroda,
Jedna z niej coś ujmuje, druga więcej doda.
Przepych strojów, rozmaitość, kopią barwą, złotem,
Jakby do tych ciągłych zmian Polak miał ciągotę.
Ale to jest nieprawdą, w stolicy, w dużych miastach,
Odpolszczenie mody rodzimej w problem się rozrasta.
Na prowincji te zmiany nie zachodzą w modzie,
Innym czasem oddychasz, będąc na swobodzie,
Jednak mówiąc ogólnie przez wieki przepływa,
Moda karnawałowa, różnością zadziwia.
Wiele różnic w ubiorze między religiami,
W grupach etnicznych, stanowych i tych z majątkami.
Zagraniczne sympatie czy też polityczne,
Kulturalne i inne z mód płyną rozlicznie.
Różnorodność ubiorów aż tak jest ogromne,
Że do dzisiaj poraża myśli wielkopomne.
Tradycje i sarmaci.
Szlachta na wsiach, zaściankach, szlachta kontuszowa,
Z tradycją mocno zżyta, chce taką zachować,
Z niechęcią się odnosi i nie lubi zmiany,
Stylu życia, ubiorów, nie jest tu lubiany.
Za Augusta III żupan wraz z kontuszem,
Był popularny bardzo, ubogacał duszę.
Pas do tego z tkanin, a sposób wiązania,
Na kontuszu od rodzaju zależał, jego uznania.
Różnej bywał jakości, a nawet grubości,
I do tego materiał też różnej sztywności.
Tkaniny żupanów są zawsze jaśniejsze,
A kontusze w tonacji, tu nieco ciemniejsze.
Starano się o kontrast barw obu ubiorów,
Stłumionych nieco odcieniach, spokojnych kolorów,
Zieleni, różne popielate, jak i szare tony,
Ciepły żółty, brązowy bywa hołubiony.
Okryciem głowy czapka, z opuszką futrzaną,
Z czworokątną główką. Fryzura czesana,
Jak w siedemnastym wieku, podcięte za uszami,
wzdłuż głowy, wokoło,
Świeciło łysiną jak z natury, czoło.
Wąs sumiasty, włosów wsze braki nadrabiał,
Indywidum szlachcica sowicie ozdabiał.
Żółte lub czerwone obuwie z safianu,
Od reszty odróżniał, właścicieli, panów.
W pospolitym ubiorze nosił z czarnej skóry,
Proste, obcisłe, nie wywijane do dołu od góry.
W wieku osiemnastym, już niskie obcasy skórzane,
Podkówki metalowe, srebrne, posrebrzane.
Zależne od zamożności.
Swoje dumne odbicie ma w modzie żałoba,
W stroju jej odzwierciedlenie, że jest narodowa.
W różnych noszą okazjach, by manifestować.
Nie tylko w sercu nosić, wśród ludzi obcować.
Przed Powstaniem i samo Powstanie Styczniowe,
Tak właśnie podkreślano, że jest narodowe.
Strój ludowy stanowił, szczególnie mazurskie,
Białe sukmany, nakrycia szare kurpiowskie,
I buty wysokie.
Na tle innych narodów byliśmy poważni,
Trochę niezrozumiali, barwni, dumni,
i bardzo odważni.
Podziwiano nas za to, nie naśladowano,
Wice wersa, i do nas obce nie wpuszczano.
U nas kompleks niższości nie był jakby znany,
A obyczaj cudzy tylko szanowany.
Powitalne gesty bywały uznaniem,
Nie uniżoności, tylko powitaniem.
Zamiatanie czapką poniżej kolana,
Oddawało cześć damom, oddana przez pana.
Czy znacznie godniejszemu, Padano pod nogi,
Rodzicom i magnatom. Pierwszy za wychowanie,
drugim, że wysokie progi.
Obojętne, czy zwyczajom tym ktoś nie da racji,
Odróżniało Polaka od nam obcych nacji.
Cały zaś ceremoniał jak credo w pacierzu,
Biada! By się ktoś jemu w Polsce przeniewierzył.
Był oznaką szacunku i wiedzy nie lada,
Kto jego nie przestrzegał, rzec mu można, biada!
Dobrych manier uczono również etykiety,
Obowiązkiem był mężczyzn i przyszłej kobiety,
Kultywując i ucząc ,młodzież w każdym dworze,
Aby skazą nie stanął na żadnym honorze.
Józef Bieniecki
Narodowy, staropolski w pełni swej urody,
Nosił w czasie też wpływy orientalnej mody.
Były one tureckie, były i węgierskie,
Na północnym zaś wschodzie też mocno moskiewskie.
W szesnastym wieku szlachcic, na bieliznę
-koszulę odziewał,
I majtki płócienne, na nie obcisłe spodnie
w kostkach obwiązywał.
Na nogi żółte, czerwone, trzewiki, rozcięte na bokach,
Aby kostki nie tarły obwiązane w trokach.
Na spodnie przychodzi żupan ,z rękawami,
Dla wygody zgięcia, w łokciu, z rozcięciami.
Świąteczny żupan bywał z brokatu weneckiego,
Floryzowany, na równi drogiego również burgundzkiego.
Także z tkanin jedwabnych, na co dzień zaś z płótna,
Wyglądał po trochu jak suknia pokutna,
Guzikiem drobnym spięty, od pasa do góry,
Przy szyi niski, stojący kołnierz, do prostej postury,
Guzem zdobnym zapięty. Żupan wąski pas ściska,
Kunsztowny z metalu, przytroczona doń szabla
ozdobami błyska.
Latem wierzchnie okrycie, na zimę zaś szubę,
Z czasem zwana bekieszą, często futrem grube.
Kontusz krótki miewał rękawy przecięte.
Składane za pas lub w tył są zwiśnięte.
Układał się na ramionach, jak gdyby niechcący,
Duży kołnierz na plecy, nisko spadający.
Szlachcic miał długie wąsy, a na głowie szczycie,
Z pękiem włosów, na nim kołpak lub czapa,
bywała przykryciem.
Kształtem były rozmaite z odwiniętym brzegiem,
Z boku rozcięte, płaskie, spiczaste, futrzane,
z futrzanym obrzeżem.
Czaplim piórem zdobione, pękiem w górę strzelał,
Kosztowna zaś agrafą całość jej ubierał.
Zdobiono strój w klejnoty, pierścienie, naramienniki,
Zauszniece różne, również naszyjniki.
Strój polski
Czas królów elekcyjnych choć niósł style nowe,
Przewodziły nad wszystko stroje narodowe.
Na ciało ubierana jest koszula lniana,
Pod szyją z zasady zawsze zawiązana.
Na nogi pończochy, gacie, na to wszystko spodnie,
Z węgierska szarawary. By było wygodnie,
I nie było widać, wpuszczano je je w buty,
Z safianową cholewą, przez mistrzów był kuty.
Zdobione kolorami i haftami. Na ten żupan,
Kontusz. Co możniejszy zaś pan,
Delię rzuca na żupan, jest futrem podbita,
Im możniejszy tym droższe, każdy koszt odczyta.
Pas z żelaznych ogniwek, a złoty też z czasem,
Był też górą pieniędzy, a nie tylko pasem.
Został później wyparty przez pas orientalny,
Z materii drogich, jedwabnych, czas nieubłagalny,
Zmienia gusty Rodaków, na pasy krajowe,
Zwane słuckie, te były czysto narodowe.
Ten stroju element był bardzo kosztowny,
Ale dla okazania niezwykle wymowny.
Pas ten zwany suty, cztery długości,
Do trzydziestu pięciu miał zaś szerokości.
Obwijano kilkakroć, w w przodzie przewijano,
Ozdobny węzeł powstał, tam też go wiązano.
Wisiały więc końce jak bogate pasy,
W środku węzeł ozdobny, z boku dwa kutasy.
Ubiór ten noszony przez szlacheckie stany.
Również zamożnych mieszczan, tym rozróżniał
pany,
Iż drogi materiał był w nich gatunkowo,
Oraz kosztownościami był on przyozdobion.
Mieszczuch karabeli nie powinien nosić,
Ale o pozwolenie nie myślał się prosić,
Nie przestrzegano zasad, pas zaś na żupanie,
Pod kontuszem. Tu jego zadanie,
Określało noszących statusy społeczne,
I takie czy inne pochodzenie wieczne.
Strój noszony przez mężczyznę, znaczy
o godności,
A ponadto o jego często zamożności.
Błyskały nici złote, na tle ornamentu,
Barwnym tkane jedwabiem, jak czystość
brylantem.
Piękne zdobione wzory, poziom wykonania,
Cieszy się do dzisiaj we słowach uznania.
Ubiór niewiast.
Strój kobiecy w tamtym czasie modny,
Wykształcił się według wzorów wschodnich,
Szesnasty wiek dał początek. Ma też podatności,
Wzory przyjęć z Zachodu, nasze możnośći.
Ówczesna kobieta w czepcu na głowie,
Lub kołpak obszyty futrem, to zwyczaje nowe.
Dziewczęta wianki noszą albo toczenice.
Szyję kryją rańtuchem, te w ornamentyce.
Jest to chusta biała, spada na ramiona,
Haftowana barwnie jedwabiem i nicią złocona.
Kwefy, kryzy, koronki i giełza, kryły gors z stanikiem,
Spódnica fałdowana, długa, była pośrednikiem,
Między futrem lub płaszczem. Wiązano ją paskiem,
Perły głównie ceniono, że barwne i z blaskiem,
Naszywano je z przodu, czepca, na tzw. bramce,
Były główną ozdobą na tej polskiej czapce.
Wiek siedemnasty wnosi wielkie zmiany,
Włosy i gors zakryty, jest już odkrywany,
Włożono salony bez rękawów, francuskie rogówki.
Stanik rozcinany, suknia ala moda, tworzy dwie połówki.
Suknię tę obszywano też pasamanami,
Na ogół obszywano jednak jedwabiami.
Dwór królewski te mody niezłomnie wprowadzał,
Trzeba przyznać, że wielu sarmatom przeszkadzał.
Zdobiono polskim futrem, chociaż obrzeżenia,
Sobie w choć nie mieć, nic do zarzucenia.
Uległ wielu przemianom, bywał różnorodny,
Wszedł kontusik wzór męski, zaczął też być modny.
Moda dworska
Wpływ na modę wywierał zawsze dwór królewski,
Lansując zagraniczną. Batory wprowadza element węgierski.
Wazom, miła sercu była moda szwedzka,
Również chętnie noszono się często z niemiecka.
Bardzo razi to szlachtę, częściowo się godzi,
Ale pomysł upolszczeń też się często rodzi.
I tak wiek szesnasty do osiemnastego,
Jeśli coś wprowadzą do Polski modnego,
Świadomie podkreśla się polskości stroju,
Za Sasów kontusz jest mundurem, tradycji honoru.
Sarmackiego obozu. Też w niewieścich strojach,
Są próby nawiązania w tradycyjnych krojach.
Tak, jupki bez rękawów, futrem podbijane,
Zwanych kozakinek i kołpaczków, aksamitem słane.
Z sobolową opuszką.
Za króla Stanisława ożyją tradycje,
Mody obce zesłano z Kraju na banicję.
Czas Sejmu Czteroletniego, młódż patriotyczna,
Której jak i nazwisko w przekazie dziedziczna,
Rzuca obce ubiory, w swoich paraduje,
I tradycje swych przodków gdzie się da- szlifuje.
Nawet wielcy hetmani, książęta, posłowie,
Do tradycji wracają, stawając na głowie.
Strojem polskim obnoszą, jakby im płacono,
Chociaż w wielu przypadkach stroje te zdradzono.
Wymagają od siebie i podległych ludzi,
Chcą by patriotyzm w ich sercach się budził,
Uległ by zapomnieniu, tak zaborcy chcieli,
Czas Sejmu spowodował, że w czas się odcieli,
Od zakazów, nakazów, a Duch z Nieba zstąpił,
Kto kiedyś powątpiewał,dzisiaj już nie wątpił.
Cechą stroju polskiego jest długość przesadna,
Orientalny przepych, nad wszystkie paradna.
Zastanawiał wielu gdy w Polsce bywali,
Jednych dziwi, a jednak większość chwali.
Pisali: choć dziwaczny, po dziadach dziedziczny.
Jest bardzo malowniczy i majestatyczny.
Orientalność ubiorów, różnorodność ma podłoże w związku,
Odbytymi wojnami, te mody zawdzięczamy wojsku,
Które większość swych wojen prowadzi na wschodzie.
Wschodniej zatem kulturze ulega i modzie.
W wieku zaś osiemnastym niemców otoczenie,
Związki z zagranicą, wpływa znów odmiennie,
Wprowadzając do Kraju, niemiecką, francuską,
Chociaż dalej na wschodzie nie wypiera ruską.
Przez wieki mody polskiej zmienia się uroda,
Jedna z niej coś ujmuje, druga więcej doda.
Przepych strojów, rozmaitość, kopią barwą, złotem,
Jakby do tych ciągłych zmian Polak miał ciągotę.
Ale to jest nieprawdą, w stolicy, w dużych miastach,
Odpolszczenie mody rodzimej w problem się rozrasta.
Na prowincji te zmiany nie zachodzą w modzie,
Innym czasem oddychasz, będąc na swobodzie,
Jednak mówiąc ogólnie przez wieki przepływa,
Moda karnawałowa, różnością zadziwia.
Wiele różnic w ubiorze między religiami,
W grupach etnicznych, stanowych i tych z majątkami.
Zagraniczne sympatie czy też polityczne,
Kulturalne i inne z mód płyną rozlicznie.
Różnorodność ubiorów aż tak jest ogromne,
Że do dzisiaj poraża myśli wielkopomne.
Tradycje i sarmaci.
Szlachta na wsiach, zaściankach, szlachta kontuszowa,
Z tradycją mocno zżyta, chce taką zachować,
Z niechęcią się odnosi i nie lubi zmiany,
Stylu życia, ubiorów, nie jest tu lubiany.
Za Augusta III żupan wraz z kontuszem,
Był popularny bardzo, ubogacał duszę.
Pas do tego z tkanin, a sposób wiązania,
Na kontuszu od rodzaju zależał, jego uznania.
Różnej bywał jakości, a nawet grubości,
I do tego materiał też różnej sztywności.
Tkaniny żupanów są zawsze jaśniejsze,
A kontusze w tonacji, tu nieco ciemniejsze.
Starano się o kontrast barw obu ubiorów,
Stłumionych nieco odcieniach, spokojnych kolorów,
Zieleni, różne popielate, jak i szare tony,
Ciepły żółty, brązowy bywa hołubiony.
Okryciem głowy czapka, z opuszką futrzaną,
Z czworokątną główką. Fryzura czesana,
Jak w siedemnastym wieku, podcięte za uszami,
wzdłuż głowy, wokoło,
Świeciło łysiną jak z natury, czoło.
Wąs sumiasty, włosów wsze braki nadrabiał,
Indywidum szlachcica sowicie ozdabiał.
Żółte lub czerwone obuwie z safianu,
Od reszty odróżniał, właścicieli, panów.
W pospolitym ubiorze nosił z czarnej skóry,
Proste, obcisłe, nie wywijane do dołu od góry.
W wieku osiemnastym, już niskie obcasy skórzane,
Podkówki metalowe, srebrne, posrebrzane.
Zależne od zamożności.
Swoje dumne odbicie ma w modzie żałoba,
W stroju jej odzwierciedlenie, że jest narodowa.
W różnych noszą okazjach, by manifestować.
Nie tylko w sercu nosić, wśród ludzi obcować.
Przed Powstaniem i samo Powstanie Styczniowe,
Tak właśnie podkreślano, że jest narodowe.
Strój ludowy stanowił, szczególnie mazurskie,
Białe sukmany, nakrycia szare kurpiowskie,
I buty wysokie.
Na tle innych narodów byliśmy poważni,
Trochę niezrozumiali, barwni, dumni,
i bardzo odważni.
Podziwiano nas za to, nie naśladowano,
Wice wersa, i do nas obce nie wpuszczano.
U nas kompleks niższości nie był jakby znany,
A obyczaj cudzy tylko szanowany.
Powitalne gesty bywały uznaniem,
Nie uniżoności, tylko powitaniem.
Zamiatanie czapką poniżej kolana,
Oddawało cześć damom, oddana przez pana.
Czy znacznie godniejszemu, Padano pod nogi,
Rodzicom i magnatom. Pierwszy za wychowanie,
drugim, że wysokie progi.
Obojętne, czy zwyczajom tym ktoś nie da racji,
Odróżniało Polaka od nam obcych nacji.
Cały zaś ceremoniał jak credo w pacierzu,
Biada! By się ktoś jemu w Polsce przeniewierzył.
Był oznaką szacunku i wiedzy nie lada,
Kto jego nie przestrzegał, rzec mu można, biada!
Dobrych manier uczono również etykiety,
Obowiązkiem był mężczyzn i przyszłej kobiety,
Kultywując i ucząc ,młodzież w każdym dworze,
Aby skazą nie stanął na żadnym honorze.
Józef Bieniecki
O zmierzchu.
O zmierzchu.
W licznych sadach, zmierzch zawisał szary,
Ubierając zarośla w czary i poczwary.
Wczesną wiosną w goliżnie sterczących
szkieletów,
Biją w niebo gałęzie, piszczele bagnetów.
Mgły wieczornym całunem,od ziemi oparem,
Snuły węże okrutne podsycane żarem.
Jakby piekieł otchłanie czeluście otwarły,
I piekielnie nachalne złem ku ziemi parły.
Zawstydzone zza lasu,promienie skrzydlate,
Księżyc ,pieści po sadach korony kosmate,
Które diablim porożem, w gałęziach iglaste,
Chciały lampę pochwycić,sięgały palczaste.
Snuły nocy opowieść w nekropolii sadu,
W ciemnej nocy prześwitach ładu i nieładu.
Wyzute z sumienia sino-blado ,trupio,
Które z resztek pozorów wsze diabliki łupią.
Księżyc wisi wysoko-w rzędach równoległych,
Stały wojska szeregi- w apelu poległych,
Pochodnią oświetlone,bez mrugnięcia ,skazy.
Nie kreśliły złudzenia i nocnych miraży.
Oko nocy przymknowszy,-pochmurnym
zwiastunem,
Ciągnął warkocz pierzasty,z kudłatym ogonem.
A na ziemi rozpostarł czarne wronie skrzydła,
Aby z krzaków ,opłotków ,kukały mamidła.
Józef Bieniecki
W licznych sadach, zmierzch zawisał szary,
Ubierając zarośla w czary i poczwary.
Wczesną wiosną w goliżnie sterczących
szkieletów,
Biją w niebo gałęzie, piszczele bagnetów.
Mgły wieczornym całunem,od ziemi oparem,
Snuły węże okrutne podsycane żarem.
Jakby piekieł otchłanie czeluście otwarły,
I piekielnie nachalne złem ku ziemi parły.
Zawstydzone zza lasu,promienie skrzydlate,
Księżyc ,pieści po sadach korony kosmate,
Które diablim porożem, w gałęziach iglaste,
Chciały lampę pochwycić,sięgały palczaste.
Snuły nocy opowieść w nekropolii sadu,
W ciemnej nocy prześwitach ładu i nieładu.
Wyzute z sumienia sino-blado ,trupio,
Które z resztek pozorów wsze diabliki łupią.
Księżyc wisi wysoko-w rzędach równoległych,
Stały wojska szeregi- w apelu poległych,
Pochodnią oświetlone,bez mrugnięcia ,skazy.
Nie kreśliły złudzenia i nocnych miraży.
Oko nocy przymknowszy,-pochmurnym
zwiastunem,
Ciągnął warkocz pierzasty,z kudłatym ogonem.
A na ziemi rozpostarł czarne wronie skrzydła,
Aby z krzaków ,opłotków ,kukały mamidła.
Józef Bieniecki
Przesłanie.
Przesłanie.
Z grobu wstałeś,ślesz przesłanie,
Śmierć doczesna-zmartwychwstanie.
Ojciec zechciał ,Tyś z pokłonem,
Wziął świat cały w swą obronę.
To dla grzechu przez Osobę,
Krzyż cierpiałeś ,byłeś grobem.
Ziemia drżała,zmarli wstali,
Piekła władcom nie poddali.
Zły u serca będzie skomlał,
A złość jego wciąż ogromna.
Piekło pękło,moc szatańska,
Kroplą sadzy bo nie Pańska.
Powiedziałeś Zmartwychwstałeś,
Tak chciał Ojciec i Ty chciałeś.
Król Wszechświata,pozamiatał,
Drogę nową do zaświata.
Powstał w chwale-czekam Panie,
Na nas biednych -Zmartwychwstanie.
Józef Bieniecki
Z grobu wstałeś,ślesz przesłanie,
Śmierć doczesna-zmartwychwstanie.
Ojciec zechciał ,Tyś z pokłonem,
Wziął świat cały w swą obronę.
To dla grzechu przez Osobę,
Krzyż cierpiałeś ,byłeś grobem.
Ziemia drżała,zmarli wstali,
Piekła władcom nie poddali.
Zły u serca będzie skomlał,
A złość jego wciąż ogromna.
Piekło pękło,moc szatańska,
Kroplą sadzy bo nie Pańska.
Powiedziałeś Zmartwychwstałeś,
Tak chciał Ojciec i Ty chciałeś.
Król Wszechświata,pozamiatał,
Drogę nową do zaświata.
Powstał w chwale-czekam Panie,
Na nas biednych -Zmartwychwstanie.
Józef Bieniecki
A Tyś szedł...
A Tyś szedł...
Powiało wiosną, a Tyś szedł,
Z nadzieją życia pośród drzew.
I powiewała suknia Twa,
Jak onej wiosny pierwsza mgła.
Choć las szarości nosił cień,
Za Twoim przejściem wracał dzień.
W jodłowym parku dzwonów głos,
W pielgrzymkę pisze ludzki los.
Świątecznie szemra pośród drzew,
Na Alleluja-wiatru śpiew.
Płynący na nim śpiewny dzwon,
Chwałę ,zwycięstwo głosi on.
W cichych zakątkach ludzkich serc,
Mogły nadzieje w końcu lec.
Nad dzień szarości ,unieść wzwyż,
Dzień Zmartwychwstania uczcić dziś.
Z iskier nadziei płonie stos,
I łezki szczęścia spłyną ros.
I wskrzeszą wiosnę ,nieba dar,
Budząc nadziei nowy czar.
Pochylmy głowy idzie Pan,
Głosząc zbawienną chwałę ran.
Z nocy -ciemności, jutrzni czas,
Z grobowej skały strąca głaz.
Józef Bieniecki
Powiało wiosną, a Tyś szedł,
Z nadzieją życia pośród drzew.
I powiewała suknia Twa,
Jak onej wiosny pierwsza mgła.
Choć las szarości nosił cień,
Za Twoim przejściem wracał dzień.
W jodłowym parku dzwonów głos,
W pielgrzymkę pisze ludzki los.
Świątecznie szemra pośród drzew,
Na Alleluja-wiatru śpiew.
Płynący na nim śpiewny dzwon,
Chwałę ,zwycięstwo głosi on.
W cichych zakątkach ludzkich serc,
Mogły nadzieje w końcu lec.
Nad dzień szarości ,unieść wzwyż,
Dzień Zmartwychwstania uczcić dziś.
Z iskier nadziei płonie stos,
I łezki szczęścia spłyną ros.
I wskrzeszą wiosnę ,nieba dar,
Budząc nadziei nowy czar.
Pochylmy głowy idzie Pan,
Głosząc zbawienną chwałę ran.
Z nocy -ciemności, jutrzni czas,
Z grobowej skały strąca głaz.
Józef Bieniecki
Biczowanie...
Biczowanie...
Z jękiem bólu śwista bicz,
W kacich ślepiach,złość i dzicz.
Setka czartów się uwzięła,
Ciało kuła,rwała ,cięła.
Bólu ogień-jeden jęk,
Biczów ,razów zmienny dżwięk.
Smród pijanych-katujących,
Bezwład ciała,konający.
Wciąż biczuje sześciu- w parze,
Kaci ,zbóje i zbrodniarze.
Zawisł w słupie -ciągle mało,
Rwą do kości wiotkie ciało.
Już przestali-tną po twarzy,
Trzciny cięciem mierząc razy.
Jedna miazga,krwi już brak,
Już nie cieknie-ciała wrak.
Ćmi gorączka-ciało drży,
Trupio blade-wyschły łzy.
Męki mało,dżwigaj Krzyż,
By w Golgocie unieść wzwyż.
W zbawcze ramię objąć nas,
W ten zbawienny wieczny czas.
Józef Bieniecki
Z jękiem bólu śwista bicz,
W kacich ślepiach,złość i dzicz.
Setka czartów się uwzięła,
Ciało kuła,rwała ,cięła.
Bólu ogień-jeden jęk,
Biczów ,razów zmienny dżwięk.
Smród pijanych-katujących,
Bezwład ciała,konający.
Wciąż biczuje sześciu- w parze,
Kaci ,zbóje i zbrodniarze.
Zawisł w słupie -ciągle mało,
Rwą do kości wiotkie ciało.
Już przestali-tną po twarzy,
Trzciny cięciem mierząc razy.
Jedna miazga,krwi już brak,
Już nie cieknie-ciała wrak.
Ćmi gorączka-ciało drży,
Trupio blade-wyschły łzy.
Męki mało,dżwigaj Krzyż,
By w Golgocie unieść wzwyż.
W zbawcze ramię objąć nas,
W ten zbawienny wieczny czas.
Józef Bieniecki
Niedziela Palmowa.
Niedziela Palmowa.
Chylcie palmy,chylcie głowy,
Dzień świąteczny-Dzień Palmowy.
Cześć oddajcie-wyśpiewajcie,
Dzisiaj chwałę Mu składajcie.
Myśl piekielna świat poraża,
Snuje zgubna,świat obraża.
Dzisiaj Króla ,jutro zbója,
Po historii drogach hula.
W mentalności,przewrotności,
W bezwzględności,pazerności.
"Krew na dzieci ,wnuki nasze",
Warczą, złoszczą się Judasze.
Ci przekleństwa ciągną dług,
Przewrotnośći orze pług.
Dzisiaj jeszcze będziem chwalić,
Czcić uwielbiać,drogę maić.
Jutro na krzyż ,oplujemy,
Wyszydzimy,zbiczujemy.
A gdy świat się opamięta,
W Krzyżu stanie się rzecz święta.
Z Tym,co dziś krzyżuje świat,
Bóg i Ojciec-Duch i Brat.
Józef Bieniecki
Chylcie palmy,chylcie głowy,
Dzień świąteczny-Dzień Palmowy.
Cześć oddajcie-wyśpiewajcie,
Dzisiaj chwałę Mu składajcie.
Myśl piekielna świat poraża,
Snuje zgubna,świat obraża.
Dzisiaj Króla ,jutro zbója,
Po historii drogach hula.
W mentalności,przewrotności,
W bezwzględności,pazerności.
"Krew na dzieci ,wnuki nasze",
Warczą, złoszczą się Judasze.
Ci przekleństwa ciągną dług,
Przewrotnośći orze pług.
Dzisiaj jeszcze będziem chwalić,
Czcić uwielbiać,drogę maić.
Jutro na krzyż ,oplujemy,
Wyszydzimy,zbiczujemy.
A gdy świat się opamięta,
W Krzyżu stanie się rzecz święta.
Z Tym,co dziś krzyżuje świat,
Bóg i Ojciec-Duch i Brat.
Józef Bieniecki
Pomięty czas.
433) Pomięty czas.
Wspomnieniami już pomięty czas,
Dziś nie boli,psuje myśli smak.
W sercu leży jak nieczuły głaz,
Tam na fali miota resztek wrak.
Łezka deszczu na szkle okna drży,
Z wiatrem hula odrzucony liść.
Na przetrwanie choć nadzieją tli,
Zapomniany będzie jeszcze dziś.
Duchem czasu nie powróci już,
Zatopiony w nieobecnym szkle,
Zdmuchnąć można paroletni kurz.
I pamięcią wrócić w dawnym tle.
W nekropoliach zastygł w liczbie dat,
A pamięcie zasypuje kurz.
Czasem z liści wygrzebanych lat,
Obcym ludziom nic nie mówi już.
W czasomierzu umknął chwilę wiek.
Nie wycykał już kolejnych dni.
I samotny jak staruszek-człek,
Do tych dawnych smętną duszą ckni.
Zapisany na historię kart,
Sfałszowanych czyta wiele nut.
Jakby czasem już zarządzał czart,
I na smyczy nas każdego wiódł.
Józef Bieniecki
Wspomnieniami już pomięty czas,
Dziś nie boli,psuje myśli smak.
W sercu leży jak nieczuły głaz,
Tam na fali miota resztek wrak.
Łezka deszczu na szkle okna drży,
Z wiatrem hula odrzucony liść.
Na przetrwanie choć nadzieją tli,
Zapomniany będzie jeszcze dziś.
Duchem czasu nie powróci już,
Zatopiony w nieobecnym szkle,
Zdmuchnąć można paroletni kurz.
I pamięcią wrócić w dawnym tle.
W nekropoliach zastygł w liczbie dat,
A pamięcie zasypuje kurz.
Czasem z liści wygrzebanych lat,
Obcym ludziom nic nie mówi już.
W czasomierzu umknął chwilę wiek.
Nie wycykał już kolejnych dni.
I samotny jak staruszek-człek,
Do tych dawnych smętną duszą ckni.
Zapisany na historię kart,
Sfałszowanych czyta wiele nut.
Jakby czasem już zarządzał czart,
I na smyczy nas każdego wiódł.
Józef Bieniecki
Tatry-Ranek w Tatrach.
Tatry-Ranek w Tatrach.
Ranek słoneczny,taki dzień bajkowy,
Z wierchów smrekowym rzuca cieniem,
Białe wapienne przykucły olbrzymy,
W iglaste szczyty rzucając spojrzenie.
Bogata gamą igra na promieniach,
Tęczą kolorów ożywia łzy ranka.
Płynie promieniem i ustami muska,
Jak urokliwym uściskiem kochanka.
Wróżą pogodę, rosy pełne złota,
Kryształu krople,pozostałość nocy.
Z hali odległej drży beczenie owiec,
Widzące wszystko przyrody Prorocy.
Z wierchów w doliny tchnienie nocy spływa,
Oddechem rzeżkim, pobudza do życia.
Krzyczy radością,blaskami młodości,
Nadzieję rodząc sens naszego bycia.
Słonko toczące po niebie wysoko,
Z cienia niewoli wyzwala doliny,
Światło w nadmiarze chce im ofiarować,
Na hale, Tater wyżyny.
Wody potoka światłem ożywione,
Nocy zmywają nobliwe wspomnienia.
Srebrzyście perlą burzliwie przeszkody,
Każde szemranie objawem westchnienia.
Józef Bieniecki
Ranek słoneczny,taki dzień bajkowy,
Z wierchów smrekowym rzuca cieniem,
Białe wapienne przykucły olbrzymy,
W iglaste szczyty rzucając spojrzenie.
Bogata gamą igra na promieniach,
Tęczą kolorów ożywia łzy ranka.
Płynie promieniem i ustami muska,
Jak urokliwym uściskiem kochanka.
Wróżą pogodę, rosy pełne złota,
Kryształu krople,pozostałość nocy.
Z hali odległej drży beczenie owiec,
Widzące wszystko przyrody Prorocy.
Z wierchów w doliny tchnienie nocy spływa,
Oddechem rzeżkim, pobudza do życia.
Krzyczy radością,blaskami młodości,
Nadzieję rodząc sens naszego bycia.
Słonko toczące po niebie wysoko,
Z cienia niewoli wyzwala doliny,
Światło w nadmiarze chce im ofiarować,
Na hale, Tater wyżyny.
Wody potoka światłem ożywione,
Nocy zmywają nobliwe wspomnienia.
Srebrzyście perlą burzliwie przeszkody,
Każde szemranie objawem westchnienia.
Józef Bieniecki
W mojej Ojczyżnie.
W mojej Ojczyżnie
W mojej Ojczyżnie zabrakło słowa,
Pustka i głód.
A to co mówią ,to pustomowa,
Daremny trud.
Chociaż nadzieja wstała pogodna,
Dziś mżonką -snem.
Narodem rządzi myśli wyrodna,
Deszczowym dniem.
Po rozhukany kres oceanu,
Łupina mknie,
W świecie utopii,kłamstwa,tyranów,
Jak w chorym śnie.
Nie trud daremny,lecz trudów siła,
Wiara i chęć.
W wyborach własnych się poniżyła,
Nie chcieli mieć.
Gdy chorą władzę chory zastąpi,
Bratanek -syn.
W przyszłość należy jedynie wątpić,
Giń Polsko,giń!
A z chorej matki i chore dzieci,
Rodzinny grób.
Póki Duch Światła nas nie oświeci,
Na dziś to trup.
Józef Bieniecki
W mojej Ojczyżnie zabrakło słowa,
Pustka i głód.
A to co mówią ,to pustomowa,
Daremny trud.
Chociaż nadzieja wstała pogodna,
Dziś mżonką -snem.
Narodem rządzi myśli wyrodna,
Deszczowym dniem.
Po rozhukany kres oceanu,
Łupina mknie,
W świecie utopii,kłamstwa,tyranów,
Jak w chorym śnie.
Nie trud daremny,lecz trudów siła,
Wiara i chęć.
W wyborach własnych się poniżyła,
Nie chcieli mieć.
Gdy chorą władzę chory zastąpi,
Bratanek -syn.
W przyszłość należy jedynie wątpić,
Giń Polsko,giń!
A z chorej matki i chore dzieci,
Rodzinny grób.
Póki Duch Światła nas nie oświeci,
Na dziś to trup.
Józef Bieniecki
Do piersi Twojej.
Do piersi Twojej.
Do piersi Twojej -Matki,
Tulą się z ufnością dziadki.
Jako słowa brzmią w litanii,
Bądż nam Matką, Śliczna Pani.
Od Tatr pięknych ,po Wybrzeże,
Każdy Polak kocha szczerze.
I dziękuje albo prosi,
Swej miłości niosąc grosik.
Tyś szczególnie czułą Matką,
Gdy się chmur nazbiera stadko.
Kryjesz płaszczem swej opieki,
Dbasz o wszystkie polskie strzechy.
Matko Boska Częstochowska,
I Kozielska,Ostrobramska.
Ta, co niesie Cud Miłości,
Bądż w nadziei i radości.
I po górach i dolinach,
Niech się z Tobą dzień zaczyna.
Dniem, zmęczone koi oczy,
We śnie z Tobą się jednoczy.
Ufni Twej Matki możności,
Bądż przy zgonie w szczególności.
Tym, co bezdrożami kroczą,
Użycz światła grzesznym oczom.
Józef Bieniecki
Do piersi Twojej -Matki,
Tulą się z ufnością dziadki.
Jako słowa brzmią w litanii,
Bądż nam Matką, Śliczna Pani.
Od Tatr pięknych ,po Wybrzeże,
Każdy Polak kocha szczerze.
I dziękuje albo prosi,
Swej miłości niosąc grosik.
Tyś szczególnie czułą Matką,
Gdy się chmur nazbiera stadko.
Kryjesz płaszczem swej opieki,
Dbasz o wszystkie polskie strzechy.
Matko Boska Częstochowska,
I Kozielska,Ostrobramska.
Ta, co niesie Cud Miłości,
Bądż w nadziei i radości.
I po górach i dolinach,
Niech się z Tobą dzień zaczyna.
Dniem, zmęczone koi oczy,
We śnie z Tobą się jednoczy.
Ufni Twej Matki możności,
Bądż przy zgonie w szczególności.
Tym, co bezdrożami kroczą,
Użycz światła grzesznym oczom.
Józef Bieniecki