bialy pisze:
Cwoku rozmawiamy o latach30-tych
Faktycznie, niezgłębione pokłady buractwa doszczętnie wybielily szare komórki i teraz jest biała plama. Jeśli twój, biały, guru: A.Szechter/Michnik za człowieka honoru uważa Wojciecha Jaruzelskiego, który w roku 1968 spowodował odejście z LWP wiekszości oficerów pochodzenia żydowskiego to równie dobrze uznałby(gdyby uznał za korzystne) za ludzi honoru tych którzy według ciebie mogliby być dla mnie ludźmi honoru.
Czytaj uważnie: jeśli michnikowi ludzie honoru są dla mnie zbrodniarzami to ci których usiłujesz przypisać mnie też nimi mogą być chociaż nie mogę tego powiedzieć napewno bo nie żyłem w latach trzydziestych. Ty buraku też nie żyłeś więc twoje słowa w tych sprawach warte są tyle ile te napisane w GWnie.
Teraz i ja dam ci do czytania coś, pouczajacego i dajacego wiele do myslenia, co znalazłem na portalu z którego ściagnałeś reprodukcje gazety pisząc że to sa twoje własne.
Aby zrozumieć np. co się działo między Polakami i Żydami, w czasie II wojny i po niej, to nieodmiennie wyłażą nam odniesienia do rzeczywistości międzywojennej.
Wydaje mi się, że zawężenie tematu wyłącznie do samego antysemityzmu nie jest zbyt dobre - bo jeśli spytamy, skąd się brał, na czym wyrastał (i dalej wyrasta) antysemityzm, to trzeba spojrzeć szerzej - ale uważam, że temat Polacy-Żydzi w II RP wart jest dyskusji.
Ta izolacja dwóch społeczności, sprawiająca że Żydzi w oczach Polaków, i Warto wspomnieć tylko Polacy w oczach Żydów bywali obcymi, egzotycznymi, czasami groźnymi cudakami - sama w sobie antysemityzmem nie była.
Ale jeśli nie wiemy o tej izolacji, to nie możemy zrozumieć relacji między obu społecznościami, w tym także zjawiska antysemityzmu.
Jeśli wiemy o tej izolacji, możemy lepiej zrozumieć np. motywację szmalcowników, bo psychologia mówi nam, że ludzie mają mniejsze opory przed wydaniem na śmierć "obcych", niż przed wydaniem "swoich".
"[...] w większości była to ludność niezasymilowana i poza kontaktami administracyjno-handlowymi odseparowana od ludności polskiej czy ukraińskiej, która również w znacznej mierze zamieszkiwała województwo. Od początków XIX w. Żydzi lubelscy pozostawali pod silnymi wpływami chasydyzmu, który hamował procesy akulturacyjne i asymilacyjne. Generalnie tutejsi Żydzi byli słabo wykształceni, a do tego ubodzy. O tym jak słabo zasymilowani byli miejscowi Żydzi świadczy fakt, że w 1931 r., w Lublinie na blisko 35000 mieszkańców żydowskich tylko 911 osób deklarowało używanie języka polskiego jako języka codziennego, używanego w domu. Pozostali rozmawiali w języku jidysz, chociaż w rzeczywistości młodsze pokolenie, wychowane w Polsce już po I wojnie światowej, było dwujęzyczne - używali zarówno języka jidysz, jak i polskiego. Tego pierwszego w kontaktach ze starszym pokoleniem, tzn. z rodzicami; drugiego w kontaktach z rówieśnikami. Jednocześnie wcale nie znaczyło to, że mieli jakieś kontakty z Polakami, nawet jeżeli chodzili do polskich szkół. We wszystkich rozmowach z ocalałymi pojawia się odpowiedź, że nawet jeżeli dziecko żydowskie chodziło do polskiej szkoły lub mieszkało w polskiej dzielnicy, to rzadkością były kontakty z polskimi rówieśnikami. Wzajemna separacja wynikała zarówno z żydowskiej tradycji braku kontaktów z polską większością, jak również z polskiej niechęci do Żydów. Były to dwa odrębne światy, które nie przenikały się wzajemnie, jeżeli chodzi o prywatne kontakty. Rzadkością były mieszane małżeństwa, rzadko też zdarzały się imprezy towarzyskie, podczas których obydwie grupy mogły się spotkać. Wspólne spotkania odbywały się tylko w rodzinach zasymilowanych i też nie można powiedzieć, że były one bardzo częste.
Jak wspomina Zofia Gryzolet-Weiser, która urodziła się w Lublinie i wychowała w zamożnej i akulturowanej rodzinie kupca futrzarskiego, sytuacja wyglądała pod tym względem następująco:
Rodzice moi mieli polskich znajomych, ale były to kontakty bardziej handlowe, związane z naszym sklepem, który mieścił się w centrum miasta. Natomiast, gdy w piątki organizowano u nas w domu spotkania towarzyskie z okazji szabatu (nie miały one charakteru religijnego), to wśród przyjaciół, którzy przychodzili do moich rodziców była tylko jedna rodzina polska - państwo Miłosiowie. Innych Polaków w otoczeniu moich rodziców nie pamiętam. Dzięki temu kontaktowi, później, w czasie wojny przeżyła moja matka i brat. Ja dopiero teraz uświadamiam sobie ten fakt, że poza państwem Miłosiami moi rodzice nie mieli żadnych polskich przyjaciół. Naszymi gośćmi byli przeważnie zamożni Żydzi - inteligencja żydowska w Lublinie - adwokat Bach, dr Lewin i inni.
Ja sama chodziłam do polskiego gimnazjum i miałam polskie koleżanki, które bywały u mnie w domu. Czułam się już tak zasymilowna, że nie miałam kontaktu z żadną organizacją żydowską. One przychodziły do mnie, ale nie pamiętam, żebym ja była częstym gościem u nich.
Inna z ocalałych z Holocaustu, Zahawa Lichtenberg, pochodząca z ubogiej rodziny żydowskiej, mieszkającej w centrum dzielnicy żydowskiej w Lublinie wspomina inny fakt:
Gdybym nie uciekła z Lublina w czasie wojny do Lwowa, w którym byli w tym czasie Rosjanie, to wojny bym nie przeżyła. Przed wojną mieszkałam przy Szerokiej, w samym centrum dzielnicy żydowskiej i nie miałam kontaktu z Polakami. Rzadko bywałam też na polskich ulicach, bo to dla Żyda mogło się okazać niebezpieczne. Chociaż z koleżankami rozmawiałam po polsku, ale to były same Żydówki i często same przechodziłyśmy na jidysz, którego używało się w domu. Pamiętam, że pierwszego Polaka poznałam dopiero w 1940 r., gdy wraz z Polakami byłam zesłana przez Rosjan na Syberię. Dopiero wtedy zauważyłam, że wśród Polaków też byli różni ludzie. Wiem na pewno jednak, że gdybym została w Lublinie z rodzicami, to z moim wyglądem, niekompletną znajomością języka polskiego i żadną znajomością polskich obyczajów oraz przy braku kontaktów z Polakami, wojny bym nie przeżyła.
Jednocześnie należy nadmienić, że mimo iż w okresie międzywojennym pojawiła się w większych miastach Lubelszczyzny warstwa inteligencji żydowskiej, to też trudno tutaj mówić, że ci ludzie mieli ścisłe kontakty ze środowiskiem polskim. W większości przypadków związani byli oni z organizacjami żydowskimi, a w wielu przypadkach, pochodząc w pierwszym pokoleniu z rodzin religijnych, posiadali średnią znajomość języka polskiego. Przykładem tu może być Bela Dobrzyńska, liderka Organizacji Syjonistycznej w Lublinie, deputowana do Rady Miejskiej, która pochodząc z chasydzkiej rodziny, sama mając liberalny stosunek do religii i tradycji, nie posiadała prawie żadnych kontaktów z Polakami - żyła tylko w środowisku żydowskim.
Wszystkie te czynniki zadecydowały w okresie wojny, że Żydzi mogli być bardziej odseparowani od środowiska polskiego, a tym samym automatycznie utrudniało to powołanie wspólnych organizacji konspiracyjnych w obliczu okupacji hitlerowskiej.
Wyjątkiem były tu jedynie środowiska lewicowe - komuniści i socjaliści. Członkowie Komunistycznej Partii Polski, którymi byli zarówno Polacy, jak i Żydzi posiadali bardziej bliskie stosunki i to później wykorzystywano w czasie wojny, chociaż jak się w praktyce okazało i tu nie brakowało konfliktów na tle narodowościowym. Wśród komunistów-Polaków też nie brakowało ludzi o antysemickim nastawieniu.[...]"