memento ......juesej ????
: sob kwie 11, 2026 5:54 am
Memento Norris
19.03.2026 roku, w wieku 86 lat zmarł Chuck Norris, albo jak kto woli, kopnął w kalendarz z półobrotu. Nawiasem mówiąc półobrót miał u Norrisa 720°, a złośliwi dodają, że 720° Fahrenheita. Świeć panie nad jego duszą, albo przynajmniej potrzymaj mu na chwilę piwo, on sobie sam przyświeci. Skąd te złośliwości?
Chuck Norris, a właściwie Carlos Ray Norris, nigdy nie był moim typem filmowego bohatera. Gdyby nie żarty i memy, zapewne bym dzisiaj nie pamiętała, że ktoś taki istniał. Produkcje z jego udziałem powodowały u mnie rodzaj delikatnego zażenowania. Po pierwsze ekscesywną prostotą narracji. Po drugie, nachalną bardzo oszczędnie uwypukloną emocjonalną głębią podmiotu lirycznego. Nie wiem czy taki był zamiar producentów, czy to wynik skromnego warsztatu aktorskiego. Ilość żartów i memów na jego temat dowodzi, że podczas seansu, nie mnie jedną gryzły chipsy, zamiast odwrotnie. W tym szaleństwie była jednak metoda, którą dla własnych potrzeb nazywam - hej, hej JuEsEj. Hurra!
Pierwszy problem polegał moim zdaniem na tym, że Chuck niestety nie posiadał wrodzonej charyzmy samotnego bohatera, co powodowało, że im bardziej patetycznie starał się być nieustraszonym, tym zabawniej to wychodziło. Granica między patosem a śmiesznością jest czasami bardzo wąska. W latach '70 jakoś to jeszcze funkcjonowało, na zasadzie mody na sztuki walki, ale już w latach ’80 ten rodzaj bohatera zaczynał trochę bawić, aby w ’90 żenować na maxa emocjonalną tandetą.
Zresztą nie on jeden padł ofiarą eksploatowania tematu - Last man standing. Prawdziwym królem suchara akcji jest jednak Steven Seagal, któremu w pewnym momencie odjechał nie tylko peron rzeczywistości, ale przy okazji cały dworzec samokrytyki. Muszę cię Chuck zmartwić, to nie ty, to Steven szybciej stoi niż inni biegają. Na Tubie jest sporo dowodów mojej hipotezy.
I mimo wszystko proponuję postawienie Chuckowi pomnika z napisem - Very Last American Hero. Nawet dorzucę kilka groszy.
Powód jest prosty, wraz z Chuckiem, definitywnie skończył się komiksowy temat i nie jest to wina samego tematu, a tym bardziej aktora. To sprawa okoliczności. Winę ponosi samozwańczy Strażnik świata, czyli Donald “jeden telefon” Trump. Producenci różnych wersji samotnych jeźdźców apokalipsy, mogą oczywiście nadal kręcić na potrzeby amerykańskiej publiki, ale chyba będą mieli problemy z dystrybucją i lokowaniem takiego produktu poza granicami USA. Obecnie reszta świata jakby umiarkowanie delektuje się amerykańskim bohaterstwem.
Ostatnią rzeczą jakiej obecnie potrzebuje świat od Amerykanów, są ich nieustraszeni bohaterowie. Popyt minął. I obojętnie czy producenci wsadzą ich w mundur Navy SEALs, strażaka, szeryfa, czy SWAT, będą budzili ironiczny uśmiech. To nie ma znaczenia jakie “story” jutro wymyślicie, Chuck zbudował szpital, w którym się urodził, a Donald właśnie wam go wam zburzył. Tego nie odkręci nawet MacGyver.
Na tym samym tubie wieszczą, że pomarańczowego bohatera mogą już w lipcu wysłać na drogę do Jerozolimy, bo mu się skończy przydatność użytkowa dla całego mainstream'u, który na tą drogę go wytoczył. I będą mieć wtedy nowego, nie tylko bohatera ale i męczennika. Jednym słowem rock and roll hej, hej JuEsEj !
v.
19.03.2026 roku, w wieku 86 lat zmarł Chuck Norris, albo jak kto woli, kopnął w kalendarz z półobrotu. Nawiasem mówiąc półobrót miał u Norrisa 720°, a złośliwi dodają, że 720° Fahrenheita. Świeć panie nad jego duszą, albo przynajmniej potrzymaj mu na chwilę piwo, on sobie sam przyświeci. Skąd te złośliwości?
Chuck Norris, a właściwie Carlos Ray Norris, nigdy nie był moim typem filmowego bohatera. Gdyby nie żarty i memy, zapewne bym dzisiaj nie pamiętała, że ktoś taki istniał. Produkcje z jego udziałem powodowały u mnie rodzaj delikatnego zażenowania. Po pierwsze ekscesywną prostotą narracji. Po drugie, nachalną bardzo oszczędnie uwypukloną emocjonalną głębią podmiotu lirycznego. Nie wiem czy taki był zamiar producentów, czy to wynik skromnego warsztatu aktorskiego. Ilość żartów i memów na jego temat dowodzi, że podczas seansu, nie mnie jedną gryzły chipsy, zamiast odwrotnie. W tym szaleństwie była jednak metoda, którą dla własnych potrzeb nazywam - hej, hej JuEsEj. Hurra!
Pierwszy problem polegał moim zdaniem na tym, że Chuck niestety nie posiadał wrodzonej charyzmy samotnego bohatera, co powodowało, że im bardziej patetycznie starał się być nieustraszonym, tym zabawniej to wychodziło. Granica między patosem a śmiesznością jest czasami bardzo wąska. W latach '70 jakoś to jeszcze funkcjonowało, na zasadzie mody na sztuki walki, ale już w latach ’80 ten rodzaj bohatera zaczynał trochę bawić, aby w ’90 żenować na maxa emocjonalną tandetą.
Zresztą nie on jeden padł ofiarą eksploatowania tematu - Last man standing. Prawdziwym królem suchara akcji jest jednak Steven Seagal, któremu w pewnym momencie odjechał nie tylko peron rzeczywistości, ale przy okazji cały dworzec samokrytyki. Muszę cię Chuck zmartwić, to nie ty, to Steven szybciej stoi niż inni biegają. Na Tubie jest sporo dowodów mojej hipotezy.
I mimo wszystko proponuję postawienie Chuckowi pomnika z napisem - Very Last American Hero. Nawet dorzucę kilka groszy.
Powód jest prosty, wraz z Chuckiem, definitywnie skończył się komiksowy temat i nie jest to wina samego tematu, a tym bardziej aktora. To sprawa okoliczności. Winę ponosi samozwańczy Strażnik świata, czyli Donald “jeden telefon” Trump. Producenci różnych wersji samotnych jeźdźców apokalipsy, mogą oczywiście nadal kręcić na potrzeby amerykańskiej publiki, ale chyba będą mieli problemy z dystrybucją i lokowaniem takiego produktu poza granicami USA. Obecnie reszta świata jakby umiarkowanie delektuje się amerykańskim bohaterstwem.
Ostatnią rzeczą jakiej obecnie potrzebuje świat od Amerykanów, są ich nieustraszeni bohaterowie. Popyt minął. I obojętnie czy producenci wsadzą ich w mundur Navy SEALs, strażaka, szeryfa, czy SWAT, będą budzili ironiczny uśmiech. To nie ma znaczenia jakie “story” jutro wymyślicie, Chuck zbudował szpital, w którym się urodził, a Donald właśnie wam go wam zburzył. Tego nie odkręci nawet MacGyver.
Na tym samym tubie wieszczą, że pomarańczowego bohatera mogą już w lipcu wysłać na drogę do Jerozolimy, bo mu się skończy przydatność użytkowa dla całego mainstream'u, który na tą drogę go wytoczył. I będą mieć wtedy nowego, nie tylko bohatera ale i męczennika. Jednym słowem rock and roll hej, hej JuEsEj !
v.