A motocykl w USA jest nie tyle uosobieniem siły co wolności.
Stany jako takie nie posiadają żadnego federalnego i stanowego prawa regulującego używanie kasków rowerowych przez osobników dorosłych.Niektóre stany posiadają regulacje odnośnie dzieci ale każdy jeden pozostawia dorosłym wolną rękę.Toteż kaski rowerowe zakłada kto chce,w szczególności zaś w trosce o własny czerep.
Aczkolwiek: w USA rowerek to pojazd dla pędraków i pętaków i chociaż spory ułamek Amerykanów używa go w celach rekreacyjnych to przecież po drogach publicznych pedałują ci którym albo brak wszystkich klepek albo przyjechali tutaj nie tyle w celach rozrywkowych co zarobkowych i oszczędzają na każdym skwarku do chleba.
Toteż gro pedalarzy macha nóżkami w miejscach specjalnie do tego przeznaczonych,jak większe parki lub specjalne trasy rowerowe.
A to już są miejsca w których rzadko bo rzadko ale moga istnieć przepisy nakazujące wszystkim używanie kasków.
Ogólnie można rzec iż Amerykanie lubią zakładać kaski rowerowe ponieważ robią to z własnej nieprzymuszonej woli.
Co zaś się tyczy motocykli,to jest to temat na przynajmniej 16 prac habilitacyjnych.
W wieeeeelkim skrócie sprawa kasków motocyklowych wygląda następująco:
państwo próbuje zakaskować ujeżdżaczy stalowych rumaków od prawie 50 lat i wynik był taki iż walka o przywilej jeżdżenia bez kasku stała się synonimem walki o utrzymanie praw obywatelskich Amerykanów.
Być może doszło do tego ponieważ rząd federalny usiłował przeprowadzić swoją wolę poprzez boczne i tylne drzwi,wydając szereg ustaw mających zmusić rządy stanowe do wprowadzenia przepisów obowiązkowej jazdy w kaskach.Jak na przykład obowiązek zakładania kasku na austradach lub drogach federalnych lub obcinanie programów pomocy federalnej dla stanowych funduszy drogowych w stanach które nie wprowadziły obowiązku zakładania kasku.
Nie było natomiast jednego solidnego prawa federalnego regulującego ten problem.Zapewne w obawie przed rosnącym oporem obywateli którzy bardzo niechętnie patrzyli na każde ingerencje federalne ograniczające ich wolność.
Kiedy już w 1991 roku razem z obowiązkiem samochodowych pasów bezpieczeństwa wprowadzono również federalne prawo dotyczące kasków motocyklowych,opór "wolnych jeźdżców" był tak wielki że trzeba było 4 lata później z czegoś zrezygnować żeby chociaż coś uratować.
Utrzymano pasy bezpieczeństwa kosztem kasków i pozwolono poszczególnym stanom decydować indywidualnie.
Podchody trwają nadal i dla wielu bikers jazda bez kasku jest tą namiastką zanikającej amerykańskiej wolności.
Jest to wojna którą riders przegrają z czasem,być może dla własnego dobra,bo i opór jest coraz mniejszy.
Media mediami ale kultywowany obraz gołogłowego motocyklisty powoli zanika.
W normalnym życiu widać znacznie więcej zakaskowanych motocyklistów niż rowerzystów.
Procentowo koleś pedałujący w kasku to zwierz znacznie rzadszy niz ohełmiony motocyklista.
Może i bajkersom klepki powoli zaczynają ustawiać się na właściwym miejscu?