
Poznałam Go rok po śmierci męża. Miałam wtedy raczej ograniczony kontakt z rzeczywistością, a On był szczęśliwy w małżeństwie. Spotkaliśmy się rok później. Ja – zaczynająca przesypiać już noce, u Niego sytuacja zupełnie zmieniona, po ostrym małżeńskim konflikcie. Wylądowaliśmy w łóżku. Od tamtej pory (było to pięć lat temu) spotykamy się regularnie dwa razy w tygodniu. Na fantastyczny seks. Bez zobowiązań? Poniekąd. Ja mam swoje życie, przyjaciół, pracę, On swoje. Z żoną i dziećmi.
Sytuacja między nami jest od początku jasna. Spotykamy się, bo jest nam razem dobrze, bo zaspokajamy nasze potrzeby w sferze fizyczności i niewątpliwie jesteśmy zaangażowani w ten związek emocjonalnie i uczuciowo. Bez tego nie byłoby dobrego seksu. Więc tak do końca nie jest to wszystko bez zobowiązań.
Natomiast nigdy nie pojawiły się między nami obietnice czy deklaracje wspólnej przyszłości. Wiem, że Jego małżeństwo jakoś się poukładało, jest w miarę poprawnie, i wiem, że jest Mu w tym wszystkim wygodnie. Żona w domu z obiadem i chętna kochanka na boku. Czy to sarkazm? Nie. Rzeczywistość. Po co rujnować komuś życie? Naprawdę nie oczekuję, że kiedykolwiek moglibyśmy być razem w sensie pełnego związku. Już chyba nie potrafiłabym żyć z facetem pod jednym dachem, prać skarpetki i tłumaczyć, dokąd wychodzę. Jest mi wygodnie tak, jak jest. Drobne prace domowe wykonuję sama lub wynajmuję sąsiada. Choć na początku On się deklarował, że coś zrobi – grzecznie i stanowczo podziękowałam za pomoc. Finansowo jestem samowystarczalna, bez szału, ale i nie nędza. Kino, teatr czy jakieś imprezy „zabezpiecza” rodzina oraz grono wiernych przyjaciół.
Parę dni temu usłyszałam od koleżanki, czy jestem gotowa na nowe znajomości z facetami. Gdy poprosiłam o doprecyzowanie pytania, usłyszałam, że tkwię w związku bez przyszłości, że szkoda moich jeszcze dobrych lat...
Może tak. Może nie.
Wiem, że budzę się rano i mam świadomość, że jestem szczęśliwa...




